niedziela, 4 stycznia 2015

Koniec roku

Jak ja tu dawno nie zaglądałam. Dużo się działo i brakowało czasu.

Święta były sympatyczne i rodzinne, Dziabusz wystąpił w stroju Mikołaja i rozdawał pięknie prezenty. A ze swoich był zadowolony. Nowe zabawki wymusiły uprzątnięcie i schowanie kilku starych.

Dostał świetny jeździk-pchacz z bardzo wysokim oparciem, dzięki czemu nie musi być schylony, kiedy z nim szaleje. Autko ma dużo atrakcyjnych elementów.

Zdjęcie ze strony: http://cw-p.pl

Oparcie ma około 59 cm wysokości od podłogi. W zdecydowanej większości pchaczy jest to około 44-46 cm, więc różnica bardzo zauważalna. Schowek pod siedzeniem [standard], piszczek w kierownicy i dodatkowo z przodu - wystające piszczałki odzywające się przy zderzeniu ze ścianą lub meblami. Figurka strażaka schowana za plastikową szybką. "Felgi" kręcące się niezależnie od kół - można się nimi bawić na postoju. Trzy przyciski z różnymi melodiami, środkowy wydaje dźwięk wozu strażackiego [ijo ijo] i uruchamia koguta [migające światła]. Z boku, widoczna na zdjęciu, jest zamontowana sikawka, można ją wyciągnąć na sznurku na pewną odległość i wciągnąć z powrotem za pomocą niebieskiego przycisku.
Maluch na razie używa pojazdu jako pchacza. Z myślą o tym wybieraliśmy właśnie taki z wysokim oparciem. Co trochę siada i próbuje się kilka razy odepchnąć nogami, więc z czasem się pewnie przyzwyczai.

Drewniane klocki z sorterem kształtów, polskiej firmy DABO. Trochę układamy, trochę burzymy, trochę celujemy w otwory w pokrywce. Ogólnie dobra rzecz. Dawno już miałam mu kupić, bo chciałam, żeby miał jakieś drewniane zabawki. Ale były Duplo i Pluszak twierdził, że trzeba się na któreś zdecydować. Na szczęście jedni dziadkowie kupili drewniane, drudzy - kolejny zestaw Duplo i jakoś się ze sobą klocki nie gryzą.
"Moja pierwsza koszykówka" firmy Clementoni nie cieszyła się wielkim powodzeniem. Być może z powodu sinej konkurencji w postaci auta pchacza. Niezbyt się nią Klusek zainteresował. Póki co nie miał zbyt wielu okazji do zabawy z koszem - rozpakowaliśmy po Wigilii, a potem została w bagażniku:p. Musimy jeszcze coś schować/wywieźć/oddać, żeby zrobić dla niej miejsce.

Wcześniej, przed Świętami, kupiliśmy małemu Bąkowi w Smyku znikopis Smiki. Podoba mu się. Sam coś próbuje rysować, odbija dołączone pieczątki magnetyczne, "zadaje" co my mamy mu narysować i uwielbia zmazywać zanim dokończymy. Fajna, kreatywna i dość tania zabawka [my daliśmy 50 zł bez grosza, w jakiejś promocji].

Oprócz znikopisu nabyliśmy też matę z trasami. Również z firmy Smiki. Wybieraliśmy przez dłuższy czas, bo chcieliśmy, żeby była wytrzymała i wygodna - niektóre dywanowe powodują zbyt duże tarcie i ciężko jeździć po nich małymi autami. Ta, którą w końcu wybraliśmy wykonana jest z takiego materiału jak osłony nakładane na przednie szyby samochodów przeciw nasłonecznieniu lub zamarzaniu. Dolna warstwa jest dodatkowo pokryta jakąś gumą czy czymś podobnym, dzięki czemu mata nie ślizga się po podłodze.


Niestety, mata jako taka nie interesuje malucha. Dopiero zachęty i rozpoczęcie na niej zabawy przez kogoś innego zwraca na trochę uwagę. Na trochę.

Jeśli chodzi o rozwój, to dwudziesty i dwudziesty pierwszy miesiąc Dziabusza obfitował w dużo więcej odwagi w powtarzaniu słów. Zna już kilkanaście czy dwadzieścia wyrazów, a drugie tyle umie wskazać, kiedy się o nie zapyta. Naśladuje również około 8-9 odgłosów zwierząt.
Widać wszystkie 4 trójki w buzi, może w tym miesiącu w końcu wyjdą całkiem. Wtedy zostaną mu do kompletu tylko piątki.
Trochę próbuje rysować, sam chętnie przynosi książeczki do oglądania. Przechodzimy teraz fazę "'mama". Wszystko mama. Wózek może prowadzić tylko mama. Karmić czy przewijać Kluska - mama. Oczywiście walczymy z tym i nie pozwalamy się tak ustawiać, ale mały testuje:). Stał się też bardziej aktywny, skacze, szaleje, biega z głośnym krzykiem. Ma dużo energii i szuka sposobów, jak ją wyładować. Np. wgryza się w pluszaki - kiedy już się mocno rozbawi i jest rozradowany, w taki sposób daje upust emocjom. Tu też wkraczamy. Wybraliśmy do gryzienia jedną maskotkę i tylko ja pozwalamy "krzywdzić".

Poza tym szykujemy powoli torbę do szpitala. W mojej ciąży bez zmian - wciąż katar, paskudna zgaga powodująca liczne pobudki w nocy i wymuszająca zmianę pozycji na siedząca, a czasami kończąca się jednak wymiotami, wielki brzuch zasłaniający stopy [na szczęście przy stosunkowo małym przybraniu na wadze - niecałe 10 kilo] i chód pingwina spowodowany właśnie brzuchem i jakimiś bólami reumatycznymi. Masakra, 30-letnia staruszka:/. Dlatego bardzo mnie cieszy zbliżający się termin porodu [10 lutego].
Od dziadków Dziabusza przywieźliśmy część wyprawki po pierwszym synku i najbliższe dni będę chyba spędzała na segregowaniu, wybieraniu i organizowaniu.

Dodatkowo wielką zmianą była konieczność szukania nowej niani:(. Ale o tym napiszę innym razem. Mimo, że jestem od miesiąca na zwolnieniu lekarskim, jakoś nie mogę wygospodarować czasu na pisanie bloga.  Trochę wiąże się to z Dziabuszem, trochę z załatwianiem różnych spraw formalnych, jak ubezpieczenia, przegląd auta, zmiany opon itp., ale też z faktem kupna większego mieszkania, które jest na etapie budowy, więc mamy jeszcze wpływ na jego układ funkcjonalny i wielkość pomieszczeń. No i właśnie zmiana niani. Zatem o tym wszystkim może w następnym poście.

sobota, 25 października 2014

Nieustający katar w ciąży. Empatia Misia i nowe słowo

Ostatnio nie mam czasu na pisanie nie tylko dlatego, że Dziabusz nie pozwala korzystać swobodnie z komputera. Sporo się dzieje u nas. Mały Miś będzie miał wkrótce braciszka i mój obecny stan znacząco różni się od poprzedniej ciąży. Z Kluskiem nie czułam żadnych zmian, mdłości czy jakichkolwiek dolegliwości związanych z tym szczególnym czasem. Teraz doskwiera mi chyba wszystko. Zaczynając od puchnięcia nóg, poprzez paskudne, całodniowe ataki zgagi doprowadzające nierzadko [najczęściej wieczorami] do wizyt w toalecie, a kończąc na nieznośnym katarze [zatkanym nosie], który trwa od ponad 4 miesięcy i na który nie ma rady - nie pomógł internista, ginekolog, alergolog i 3 różnych laryngologów:/. Najgorsza wiadomość to taka, że jedynie na 95 % katar zniknie po porodzie. Po 4 miesiącach chodzenia z otwartą buzią [inaczej nie mogę oddychać], budzenia Pluszaka chrapaniem i nieczucia smaków i zapachów, te 5 % jest bardzo niepokojące.
Perspektywa posiadania dwóch chłopaków stała się dla nas motorem do działania w kwestii poszukiwania większego mieszkania. Udało nam się znaleźć coś, o co nam chodziło i teraz wszelkie wysiłki wkładamy w planowanie, załatwianie, urządzanie itp. Brakuje czasu i siły na cokolwiek innego [oczywiście poza Dziabuszem, który większość tego czasu i sił z nas wyciąga]. Trochę zaczynam się martwić faktem, że nie wybraliśmy jeszcze imienia. Klusek już dawno miał w tym okresie. Jeszcze w sumie około 3,5 miesiąca, może coś do nas przemówi.
Zatem mam dwie wymówki na moją nieobecność na blogu. Jeszcze kilka tygodni i może będzie więcej czasu, kiedy wybiorę się na chorobowe, a Miś nadal będzie pod opieką niani.

Żeby nie pisać tylko o sobie, a wspomnieć o Dzidziusiewiczu [wszak to blog o nim], opiszę krótką sytuację. Maluch obudził się któregoś dnia z drzemki, a ja robiłam coś jeszcze przy laptopie i jak go wyjęłam z łóżeczka, żeby dać mu trochę czasu na rozbudzenie, włączyłam na tymże laptopie bajkę [pierwszy raz w sumie, bo dotychczas zdarzało się jedynie, że obejrzał parę piosenek]. Włączyłam któryś odcinek Reksia. Akurat bawił się starym butem. But złapał go za łapę i Reksio nie mógł się uwolnić. Mały Dziabusz jak to zobaczył, to się rozpłakał. Musiałam szybko zmienić bajkę i trafiło na Teletubisie, które bardzo mu przypadły do gustu. Ja jednak jakoś nie mogę się do nich przekonać:p.
A dziś też sytuacja z bajką. Pluszak skakał po kanałach i trafił na Klub Myszki Miki, czy coś w tym stylu. Myszka akurat mówiła: "oooo, tęcza!", a Dziabusz za nią: "oooo, tęcza". Chyba się znowu zapomniał, bo więcej nie chciał tego powtórzyć. Wychodzi na to, że umiałby wymawiać zadawane słowa, ale jest na to zbyt leniwy...

piątek, 3 października 2014

1,5 roku na urlopie:)

Nie chodzi o to, że urlop trwał półtora roku, a szkoda - nasz mały Miś skończył 18 miesięcy podczas wypoczynku. Nadal jest jednak ponadprzeciętnie wysoki, wygląda już na minimum dwa lata, a może nawet więcej. Pluszak sprawdził na siatkach centylowych jego wymiary z ostatniej wizyty u pediatry. Tym razem również był poza skalą wzrostu w swojej grupie wiekowej, a na siatce dwulatków znalazł się około 60 centyla. Ale to było parę tygodni temu, teraz znowu wystrzelił do góry i zahacza już głową o górne drzwiczki lodówki - z tego wniosek, że ma ponad 90 cm [91-92].
Na urlopie rozwinął się intelektualnie. Dużo więcej mówi. Głównie po swojemu, ale pojedyncze słowa są zrozumiałe [np. lampa]. Naśladuje głosy jakichś 7-8 zwierzątek. Wciąż jest bardzo zadaniowy - uwielbia, kiedy ma coś podać, przynieść, wyrzucić, pokazać. Umie też już wczepiać klocki, dotychczas je tylko rozdzielał.
Jakieś 2 miesiące temu Pluszak kupił mu książeczkę z serii "obrazki dla maluchów". Mi się nie spodobała, uznałam, że ma zbyt dużo szczegółów. Jednak nasz maluch ją sobie upodobał. Dlatego dokupiliśmy mu kolejne. Teraz jego kolekcja składa się z 5 tytułów tej serii i dwóch czy trzech innych.









Tytuł wraz z sąsiadującymi obrazkami powtarza się na pierwszej stronie, a dodatkowo jeden z obrazków [najczęściej ten spod napisu z tytułem] umieszczony jest na grzbiecie książki. Dziabusz aż się rwie, żeby pokazać pytającemu wszystkie miejsca występowania zadanego przedmiotu czy zwierzątka.
Nie kupowaliśmy pozostałych książek, ponieważ nie wydały nam się wystarczająco interesujące. Zamawialiśmy przez internet, więc widzieliśmy tylko okładki, a wydaje mi się, że po obejrzeniu środka nie zdecydowałabym się kupić części "życie w mieście". Pozostałe są mniej lub bardziej trafione.

No i koniec pisania. Dziabusz wzywa.



wtorek, 15 lipca 2014

Przygody z owadami. Pierwsza wysoka gorączka:(

No tak, ulubionym słowem Kluska było "am", ale odkąd wróciliśmy znad jeziora, gdzie Dziadek Miśkowy uczył malucha zabijać muchy łapką, ten ciągle powtarza "bam!" i często przy tym uderza w coś rączką. Jak widzi muchę, pokazuje na nią palcem, podchodzi bliżej i próbuje ją pacnąć. Przyglądał się biegającym mrówkom, jedną z nich rozgniótł paluszkiem oczywiście z okrzykiem "BAM!". Mały destruktor. A jeszcze parę tygodni temu chodził za latającą przy podłodze ćmą i rozpłakał się, kiedy dziadek ją unicestwił. Nadal podziwiamy z Pluszakiem jego rozwój i cieszymy się z każdego powtórzonego gestu albo zrozumianego przez maluszka komunikatu. Co to on ostatnio naśladował? Już wiem: wycieranie buźki chustkami, mycie brzuszka i czyszczenie podłogi papierowym ręcznikiem. Oprócz tego od jakiegoś czasu umie pukać do drzwi, wysyłać buziaczki [ostatnio przestał], przybijać piątki, robić "żółwika" i dawać cześć. Bez problemu wskazuje na części twarzy, o które pytamy [oczy, uszy, zęby, włosy, nos, język, buzia]. Aha, wszedł też na ławę o wysokości ponad 51 cm... samodzielnie... Wystarczająco silnym motywatorem były znajdujące się na niej ogórki konserwowe. Pluszak wybrał dla niego wielką śmieciarkę, bo chciał mu kupić jakieś duże auto. Łudziłam się trochę, że może zrezygnuje z zainteresowania domowym koszem na śmieci na rzecz dołączonych do auta pojemników, ale niestety nie ma tu zależności, podobnie jak było kiedyś z czajnikiem elektrycznym i jego miniaturowym odpowiednikiem.
Ma też za sobą pierwsze prawdziwe kąpiele pod prysznicem. Dotychczas miał napuszczaną wodę do wanienki lub wanny, a jak się spieszyłam, to sadzałam go tam bez wody, mydliłam szybko i spłukiwałam "polewaczką" [dużym plastikowym kubkiem z miarką] nazywając to prysznicem. Tym razem jednak Pluszak stwierdził, jak prysznic, to prysznic. Dziabusz był zachwycony i rozpłakał się, jak zamknęliśmy wodę. Za drugim razem myliśmy mu też w ten sposób włosy. Zniósł to bez problemu. Niestety naszego małego Kluska dopadła choroba. Dopiero co wyleczył przeziębienie i zakończył kurację antybiotykową związaną z zagrożeniem zapaleniem oskrzeli, a wczoraj znowu otrzymał antybiotyk. Tym razem nabawił się anginy. Miał prawie 40 stopni gorączki i były spore problemy z jej zbiciem. Na szczęście temperatura wróciła już do normy, ale przeżycie zdecydowanie negatywne - przed wczorajszym wieczorem jeszcze nigdy nie było potrzeby stosowania u niego leków przeciwgorączkowych. Postanowiliśmy spróbować z nianią zmienić trochę jadłospis Misia. Chodzi o przygotowywanie posiłków, które maluch może wziąć do ręki i jeść samodzielnie. Chodzi o to, żeby nie musieć za nim biegać z łyżeczką i prosić, żeby zjadł jeszcze trochę zupki. Weźmie sobie w łapkę kawałek potrawy i zje w swoim tempie [lub schowa do śmieciarki]. Znalazłam ciekawą stronę: http://alaantkoweblw.blogspot.com/
Trochę zbyt "eko" są niektóre propozycje, jak dla mnie, ale będziemy modyfikować przepisy - np. zwykłe mleko zamiast sojowego/migdałowego/kokosowego/słonecznikowego itp. A przepisy zawierające substancję zwaną amarantus ekspandowany, jako że jest mi on zupełnie obcy, pomijałam podczas wyboru menu. Wczoraj niania upichciła cały talerz racuchów według tego przepisu: http://alaantkoweblw.blogspot.com/2014/05/kukurydziane-racuchy-drozdzowe.html
W kolejce czeka sporo innych receptur.

czwartek, 3 lipca 2014

15 miesiecy

Miś właśnie skończył antybiotyk, ponownie może chodzić na spacery i jest z tego powodu przeszczęśliwy. Jest kochany i przytuliński. Bardzo dużo rozumie. Ostatnio pytam Pluszaka, gdzie jest Dziabusza woda i razem się za nią rozglądamy, podczas gdy nasz syn wstaje z maty, porzuca zabawki i wychodzi do kuchni. Pluszak ruszył szukać picia i zajrzał za maluchem, a on trzyma już w łapkach butelkę, którą ściągnął sobie z blatu. Dużo jest takich sytuacji i wspaniale się patrzy na rozwój brzdąca.
Chociaż nie mówi za wiele, poza podstawowymi "mama", "tata", "baba", "tak", "am" i coś jakby "daj", ważniejsze jest dla nas, że rozumie, kojarzy i powtarza dużo gestów i zachowań. Ostatnio jednak ćwiczy słowo "traktor" i w co którejś próbie słychać nawet wyraźne "r".
Dwa razy zrobił siku na nocnik. Za pierwszym razem nie zauważył za bardzo, co się wydarzyło, ale już za drugim niania mu tłumaczyła, biła brawo i przybijali sobie piątki:). Korzystna była tu zmiana nocnika. Najpierw kupiliśmy taki:








Klusek nie chce w ogóle na nim siadać. Może mu nie wygodnie. Może jest za bardzo ściśnięty przez te boczne ograniczniki. Ostatnio na zakupach w markecie wzięłam najtańszy, jaki był.









Teraz mały Miś sam na nim siada, traktując go chyba jako krzesełko. Tak czy inaczej mamy pierwsze sukcesy.
Dziabusz jest w sumie czyścioszkiem - jak mu coś spadnie z talerza na podłogę, to pokazuje, w czym problem i nie chce wrócić do jedzenia, póki się nie posprząta albo nie obieca tego zrobić. Jeśli coś się wyleje, rozciera to palcem, aż nie będzie widać:), a kiedy ucieka na golasa po kąpieli, "ukrywa" się za zasłoną i robi siku - zawsze wtedy oczywiście obsika sobie świeżo wykąpane stopy, więc zaczyna piszcząco płakać i podnosi jedną nóżkę.

Odzyskaliśmy wózek. Pojechał na naprawę aż do Niemiec, a i tak niewiele to pomogło. Wymienili nam co prawda tylne zawieszenie, ale reklamowaliśmy przednie koła. Wczoraj, przez pewną część spaceru tak znosił w prawo, że rozbolały mnie ręce od ciągłego kontrowania. Może za jakiś czas znów oddamy do serwisu. Zwłaszcza, że ma przecież służyć drugiemu dziecku...

wtorek, 24 czerwca 2014

Wózek zastępczy - Hauck Viper

Mały Miś lubi swoją nianię i chyba z wzajemnością. Opiekunka jest dla niego często bardzo czuła, przytula go, głaszcze, całuje w główkę. Miło się na to patrzy, gdy podglądam ich przez kamerę, chociaż nachodzą mnie nieraz myśli, żeby się za bardzo nie przywiązał i nie wolał jej ode mnie. Widać już 7 zębów, a w dzień dziecka Dziabusz zaliczył swoją pierwszą śliwkę na czole. Wyglądał jak rozrabiaka. Urósł mu brzuszek, ale podobno na wysokość również wystrzelił [według jednej z koleżanek, która widzi go co jakiś czas]. Nie umiem zmierzyć go tak, jak pielęgniarka, dlatego muszę poczekać do kolejnej wizyty w przychodni, która wypada dopiero w drugiej połowie lipca. Póki co, myślimy trochę o jakimś wypadzie nad jezioro? Dziabusz dostał od chrzestnej stolik wielofunkcyjny, nad jeziorko jak znalazł - można zrobić z niego mini piaskownicę, młyn wodny z łódkami, stolik do rysowania czy jedzenia albo tor wyścigowy [druga strona blatu]. Oddaliśmy również wózek do reklamacji. Pisałam o jego wadach bardzo ostro, ale jeśli uda się serwisowi doprowadzić skrętność kół i łatwość prowadzenia do stanu tuż po zakupie, to ta zaleta przeważy nad większością wad. Na razie dostaliśmy wózek zastępczy i o nim również mogę co nieco powiedzieć. Jest to prawdopodobnie model Hauck Viper. Nie wiem, przez ile rąk się przewinął i ile już przeszedł, ale wnioskuję, że naprawdę sporo. Pchając go ma się wrażenie, że za chwilę złamie się w pół [ugina się w miejscu składania]. Do plusów należy na pewno wielki kosz na zakupy. Jest bardziej pojemny niż ten, który mieliśmy w BEXie. Wózek jest też bardzo skrętny, pewnie przez to, że jest trójkołowcem, co jest równocześnie wadą ze względu na małą przyczepność i stabilność przy mocniejszym skręcie. Mechanizm rozkładania budki: ręczny "przeskokowy", ciągniesz - rozkładasz, pchasz - składasz. Wszystko to takie jakieś plastikowe i tandetne. Wnętrze wąskie, oparcie dość krótkie, powiedzmy - standardowe. Podnóżek całkiem fajny [w porównaniu z tym w Britax'ie, to większość jest fajnych]. Rączka do prowadzenia wygodna, chociaż cienka, z regulowaną wysokością. Barierka ochronna z zabezpieczeniem między nogi, dzięki czemu nie ma konieczności przypinania dziecka pasami. Najważniejsza sprawa! Oparcie mocowane jest po obu stronach na swego rodzaju zaczepach. W miejscu, gdzie zaznaczyłam na zdjęciu czerwonym kółkiem, jest rzep. Po odklejeniu go, widać plastikowy pasek z dwiema wypustkami, te wypustki wsuwa się w dwie dziurki zwężające się ku dołowi i wciska się w te zwężenia. Odkryłam to, kiedy wózek złożyliśmy do transportu, następnie rozłożyliśmy, a wsadzony do niego Dziabusz postanowił się oprzeć. Oparcie opadło całkiem na płasko i trzymało się chyba tylko na dwóch rzepach od budki. Opisane wyżej plastikowe zaczepy po prostu się wypięły. Kółka są piankowe. Cena, jaką znalazłam w internecie, to 719 zł. Jeśli nowy Viper spisuje się niewiele lepiej od tego, który posiadamy my, to nigdy bym za niego tyle nie zapłaciła. Ale może to nasz model jest po prostu tak wyeksploatowany, w końcu to wózek zastępczy. W każdym razie fajne doświadczenie, chętnie bym jeszcze kilka rodzajów wypróbowała. Kusi mnie jakaś parasolka.

wtorek, 6 maja 2014

Pierwszy dzień z opiekunką

Mama Dziabusza wróciła do pracy! Wczoraj był mój pierwszy dzień. Przyszłam z ciachem i odwiedzałam pokoje. Czułam się, jak na ploteczkach, chociaż zaczęłam również przejmować obowiązki. Rano, gdy wychodziliśmy z Pluszakiem z domu, Miś oczywiście spał. Po dotarciu na miejsce i pierwszych przywitaniach chciałam wypróbować kamerę. Uruchomiłam internet w telefonie, wpisałam odpowiedni adres w pasku, potem login i hasło, i... "brak wtyczki". Jak, skoro w domu działało? Pomęczyłam się, próbowałam instalować. Nic z tego. O 9 nie wytrzymałam i zadzwoniłam do opiekunki. Oczywiście okazało się, że wszystko gra. Uspokojona zaczęłam się trochę bawić telefonem i zauważyłam zainstalowaną aplikację na pulpicie. Całkiem o niej zapomniałam, a specjalnie w celu łatwego połączenia tam się znalazła. Za jej pomocą bez problemu uzyskałam obraz i dźwięk. Dziś też podglądam. Nie chcę, żeby to było uciążliwe dla niani, dlatego staram się nie ruszać kamerą i nie patrzę też bez przerwy [zaglądam co jakiś czas na 2-3 minuty]. Po powrocie do domu usłyszeliśmy pełny raport o godzinach pobudki, drzemki, długości spaceru, posiłkach, jakie zjadł i jak reagował na opiekunkę po przebudzeniach. Dziabuszek uśmiechnięty, nieszczególnie rwał się do mamy na ręce, więc krzywda mu się raczej nie działa. Mieliśmy z Pluszakiem moment zawahania, czy dokonaliśmy optymalnego wyboru. Wynikało to trochę ze wzajemnego nakręcania się. Zaczęło się od tego, że wybrana pani nie mogła dostarczyć nam referencji z dotychczasowego miejsca pracy, bo jeszcze wtedy tam pracowała. Obiecała je nam po wygaśnięciu umowy. Wczoraj ich nie otrzymaliśmy, a przypomniał nam o tym Pluszak, późnym popołudniem. Zaczęliśmy się zastanawiać nad powodem. Wyobrażaliśmy sobie, że wcale tych referencji nie dostała, a obawy wzmogły się, kiedy po wysłaniu smsa z prośbą o wzięcie dokumentu następnego dnia, nie otrzymaliśmy odpowiedzi [wcześniej zdarzał się już kontakt smsowy]. Roiliśmy sobie, że niania knuje, jak podrobić pieczątkę poprzedniego pracodawcy. Same czarne myśli. Kiedy dziś rano dostaliśmy od niej kopertę z wszystkimi referencjami [w tym z tymi najbardziej nas interesującymi] odetchnęliśmy z ulgą. Brak zaufania nie jest chyba czymś niespotykanym w naszej sytuacji. Dodatkowo mamy w pamięci rozmowy z kandydatkami i gładkie kłamstwa niektórych z nich na temat kontaktu do osób, których dziećmi się rzekomo opiekowały. W jednym przypadku potencjalna niania podała numer telefonu i nazwisko „państwa z synem i córką”. Jak się szybko okazało [na facebooku!], wskazaną rodziną była siostra kandydatki. Próbowałam ją tłumaczyć i zasugerowałam Pluszakowi, że może nas źle zrozumiała. Postanowiłam zadzwonić do opiekunki i się upewnić. Zapytałam, czy ci państwo od dwójki dzieci będą ją kojarzyli. Gdyby chciała wyprostować sytuację, powiedziałaby, ze podała numer do siostry, której córek też pilnowała, a np. do tej drugiej pary nie ma kontaktu. Ale dziewczyna upierała się przy swoim, więc została skreślona [chociaż zapowiadała się bardzo dobrze]. Cieszę się, że konieczność dokonania wyboru i podjęcia tak ważnej decyzji mamy już za sobą. Musimy być dobrej myśli i liczyć, że Dziabusz i niania zżyją się ze sobą i będą miło spędzać czas, a ja skupię się na pracy;).