niedziela, 19 kwietnia 2015

Mata z ulicami - druga szansa

W poście o świątecznych prezentach wspomniałam o macie z trasami

Rzeczywiście Dziabusz niezbyt się nią interesował, ale odkąd Pluszak wymyślił zabawę, mata jest wykorzystywana codziennie. Klusek wybiera najpierw auto dla siebie i dla Pluszaka, a potem decyduje, gdzie jadą i po co. Odwiedzają strażaków [5] i policjantów [4] pytając, jak im mija dzień, czy dużo interwencji i czy potrzebują pomocy, potem tankują auta [8] i jaką na przegląd, sprawdzić koła [1] - z jednego z klocków lego, takiego z hakiem, zrobili sobie klucz do kół. Pod 2 mieszka niania, a pod 3 - dziadek, Dziabusz często tam zagląda, żeby porozmawiać. Ulubione miejsce, od którego zazwyczaj rozpoczyna się zabawa, to numer 6 - zawsze zamawiane są tam shake'i i rozlega się "siorbanie na niby". Dziabusz wysysa shake'a na dwa razy i jest gotowy, żeby zajrzeć na dworzec [9] i zabrać stamtąd ludzi na przystanek autobusowy [10]. Czasem odwiedzają też inne miejsca - mały plac zabaw [pomiędzy 1 i 4] bardziej interesuje Misia niż znajdujący się w pobliżu stacji paliw diabelski młyn.
W tej zabawie może uczestniczyć każdy, najlepiej jest, jak pod mleczarnią ustawia się kolejka po shake'a:).

sobota, 18 kwietnia 2015

Drugie dziecko - różnice w podejsciu do karmienia i spania. Patent na głośne zabawki

Dziabusz to nasz pierworodny. Jego brat jest od niego młodszy o 22 miesiące.
Przy pierwszym synu zwracałam uwagę na harmonogram, cykl dnia. Starałam się, żeby jadł o stałych porach. Sprawdzałam, czy minęły już trzy godziny odkąd ostatni raz pił mleko [początkowo musiałam go wybudzać, bo sam nie pamiętał o jedzeniu; później zaczął jeść częściej niż co 2 godziny, więc przetrzymywałam go, żeby chociaż pełne dwie minęły]. Kiedy tylko mu się ulało zmieniałam ciuszki i pieluchy tetrowe, żeby przypadkiem zapach mleka nie wybudził go za wcześnie w nocy [budził się od urodzenia dwa razy, co mi odpowiadało i bałam się to utracić, stąd lekka paranoja]. Bardzo szybko przeprowadziliśmy go do jego pokoju - w wieku 2 miesięcy i 4 dni [wtedy dotarł zamówiony monitor oddechu] - żeby nie przyzwyczaić go do naszej obecności i tym samym uniknąć w przyszłości problemów z oduczaniem; a także dlatego, że [znów paranoja] nie chciałam, aby moja "mleczna" bliskość go budziła. Chciałam rutyny, chciałam umożliwić Dziabuszkowi codzienną pewność tego samego. Bardzo się złościłam, kiedy coś burzyło te moje rytuały. Panikowałam, że wszystko mu się poprzestawia, że będzie częściej się budził, że na pewno pomyli dzień z nocą i inne idiotyzmy. Na swoje wytłumaczenie mam to, że moja siostra - mama chłopca starszego od Kluska o 3 tygodnie - miała [i ma nadal!] problem ze snem swojego syna. Klasyczny "koszmar rodzica": jakieś kolki, krzyki, bóle, wiecznie nieprzespane noce, usypianie w jadącym samochodzie albo pod szumiącym okapem kuchennym, nowe wrzaski i płacze tuż po odłożeniu uspokojonego malca do łóżeczka itp., itd. Tak mnie przerażała taka perspektywa, że próbowałam się trzymać swoich utartych, sprawdzonych schematów. Odpukać Dziabusz zaczął przesypiać całe noce [około 12 godzin] odkąd skończył 10 miesięcy. Ma już ponad dwa lata, a nadal jeszcze pięknie śpi w ciągu dnia, zwykle 3 godziny.
Nie kupowaliśmy mu wielu zabawek, ale wystarczająco, żeby umożliwiać rozwój i pobudzać wyobraźnię. Miał podstawowe sprzęty niemowlaka - grzechotki, gryzaki, zawieszkę na wózek, karuzelę w łóżeczku, leżaczek-bujaczek - te dwa ostatnie kupiliśmy używane. Z biegiem czasu oczywiście te akcesoria się zmieniały. Doszły klocki, auta, książeczki, pluszaki. Zabawki dla niemowląt zostały schowane dla brata.
Brat Kluska, Pan Dzidzia, od urodzenia jest karmiony "na żądanie". Nie patrzyłam, ile minęło od poprzedniego posiłku, płakał - znaczy głodny - znaczy trzeba dać jeść. Nawet, jeśli jadł półtorej godziny wcześniej [położna twierdzi, że tyle czasu wystarczy na strawienie przez niemowlę porcji mleka matki, więc nie bałam się, że go przekarmię, że zwymiotuje]. Czasem mu się coś uleje, niekiedy wypuści pierś, z której kapnie na ubranko, ale już nie biegnę, żeby zmienić, nie przejmuję się. Krecik je często w dzień, w nocy na szczęście podobnie do brata [zazwyczaj 2 razy, czasami tylko raz], ale szybciej zasypia. Dziabusza, w niemowlęctwie nieraz trzeba było przez dłuższy czas przekonywać do zaśnięcia po nocnym posiłku [najczęściej po tym drugim, o ile dobrze pamiętam], Młody na szczęście pada praktycznie od razu. Oby tak dalej.
Pan Dzidzia śpi w koszu Mojżesza po starszym bracie, z nami. Na razie mamy 3 pokoje - nasza sypialnia, pokój Kluska i salon, w którym stoi łóżeczko Młodego użytkowane w ciągu dnia. Nie wyobrażam sobie jego eksmisji:). Po pierwsze, jest mi wygodnie i szybko reagować na jego najmniejsze stęknięcie, za co z pewnością wdzięczny jest Pluszak. Po drugie, nad ranem Krecik zmaga się z "wypychaniem gazów", czemu towarzyszy wiele ruchu i dźwięków różnorakich, a łagodne głaskanie po główce i przypominanie o smoczku zazwyczaj go uspokaja, wycisza i nakłania do ponownego zaśnięcia, kiedy się już upora z bąkami - głaszczę go w pozycji horyzontalnej:), nie ruszam się spod kołdry, najwyżej zmieniam bok, na którym leżę, i szybko zasypiam ponownie razem z Młodym, każdy w swoim łóżku. Po trzecie kwestia Dziabusza. W sumie płacz Pana Dzidzi na szczęście nie robi na starszym większego wrażenia i nie budzi go wieczorami [Klusek chodzi spać o 20, a Krecik około 21.30 trochę marudzi], a w nocy się raczej nie zdarza [odpukać], ale już rano, kiedy sen jest bardziej czujny, nie chciałabym ryzykować. No i ostatnia rzecz - musiałabym wstawać razem z Dziabuszem, a teraz nie muszę:). Niania nadal przychodzi do starszego smyka, bo docelowo ma go odprowadzać do przedszkola [od września] i zajmować się młodszym. Wygląda to tak, że rano mija się z Pluszakiem i cały dzień jest z Kluskiem, a ja dosypiam sobie w zamkniętym pokoju z Panem Dzidzią, a kiedy jedno z nas uzna, że koniec spania, dołączamy do ferajny w salonie. Gdyby Młody korzystał nocami ze swojego łóżka w salonie, jego poranna gimnastyka dotycząca "perystaltyki jelit" w połączeniu z Pluszaka szykowaniem się do pracy mogłaby jednak obudzić Dziabusza, a nawet jeśli nie, to wstałby jak zwykle koło 6.30. Koło 6.30 wypada karmienie Krecika, do którego jestem potrzebna ja, a jak Czupurek, który nie jest już Czupurkiem raz mnie zobaczy, to nie pozwoli wrócić do łóżka. Zatem to głównie kwestie wygody, żeby nie poiedzieć - lenistwa. I martwię się tylko co będzie, jak Pan Dzidzia wyrośnie z kosza...
Co do zabawek, to nic się nie zmieniło. Nadal uważamy, że nie potrzeba ich zbyt wiele i te, które zostały po starszym bracie teraz będą wykorzystywane przez młodszego. Niestety kupno używanych rzeczy niesie ze sobą ryzyko i dziś nabyliśmy piękną nową karuzelę, bo poprzednia wyzionęła ducha, A Krecik tak wyczekująco patrzył na wiszące, lecz nieruchome zabawki, aż Pluszak stwierdził, że nie ma serca go dłużej męczyć i czym prędzej odwiedził sklep dla maluchów. Nasz zakup to Karuzela Canpol Babies Piraci.


Pluszowe zawieszki są miękkie, miłe i kolorowe, dwie grzechoczą, dwie piszczą, jednak pozytywka jest zbyt głośna, a nie ma regulacji natężenia dźwięku ani możliwości wyłączenia go nie zatrzymując jednocześnie kręcących się zabawek. Poradziliśmy sobie z tym zaklejając głośniczek samoprzylepną podkładką filcową. I wszyscy są zadowoleni. Polecam ten sposób do każdej hałasującej zabawki:).
A! Z nowych nabytków mamy jeszcze Szumisia - był naszym wyborem na prezent od koleżanek z pracy. Sprawdza się tak pół na pół, ale jako prezent dobra rzecz.Teraz można kupić samo urządzenie szumiące, kosztuje 40 zł, zaś cały miś - 120.

środa, 4 marca 2015

Dziabusz i jego brat. Czego nie jesc w okresie karmienia piersią i dlaczego

Nasz syn, który 21 marca skończy dwa lata, może spokojnie uchodzić za niewielkiego, a może i średniego czterolatka. Aż głupio mu się zmienia pieluchy, jest tak duży. Jednak rośnie mu konkurencja - jego mały braciszek, który urodził się 1 lutego, 10 dni przed przewidywanym terminem i ważył 3915 g [Dziabusz 3350 g]!!
Kluskowi, kiedy miał miesiąc, zrobiliśmy odcisk rączki i nóżki, ponieważ dostaliśmy zestaw do tego celu - ramkę firmy BabyArt.
Teraz sami kupiliśmy podobną dla Młodego, zwanego też Krecikiem. Tym razem ze Smiki.

I również odbiliśmy jego kończyny w wieku jednego miesiąca. Poniżej porównanie stóp, bo przy rączkach aż takiej różnicy nie widać.
Pomiary centymetrem potwierdziły to, co widać na pierwszy rzut oka:). Fakt, mamusia i tatuś są wysocy [ja 180 cm, Pluszak 192 cm], ale mam nadzieję, że chłopaki się w porę zatrzymają.

Kiedy Młody się urodził wyglądał niemal identycznie, jak Dziabusz w dniu swoich narodzin. Dziadek Miśkowy, po obejrzeniu zdjęcia jednego i drugiego, nie umiał rozpoznać, który jest który. Dlatego pierwszą "roboczą" nazwą dla noworodka było "Młody Dziabusz", w skrócie - Młody. Dla Kluska i tak jest to Dzidzia. I sprawdza się w roli starszego brata - przynosi smoczek, misie, wyrzuca pieluszki, robi cacy i całuje. Jest w tym taki szczery i kochany, że aż wzruszający.


W ciąży główną zakazaną "potrawą" był alkohol [sery pleśniowe, surowe wędzone ryby itp nie występują w mojej diecie w ogóle, więc nie musiałam się ograniczać przez mój "odmienny stan"]. Teraz, podczas karmienia piersią lista jest dużo dłuższa:
- alkohol
- kofeina
- słodycze
- fastfood
- produkty wzdymające- cytrusy
- czekolada
- mleko.

Z Dziabuszem nie odmawiałam sobie ani cytrusów, ani mleka. Słodyczy oczywiście tym bardziej:), ale nie jadłam czekolady, nawet w minimalnych ilościach [zeskubywałam polewę z ptasiego mleczka]. Możliwe, że przeze mnie [picie mleka] ma on teraz skazę białkową. Nie wiemy do końca, czy to skaza [objawia się na prawym policzku], ale nie przejmujemy się tym zbytnio. Synek pije codziennie rano mleko, dostaje również żółte sery i czasem jogurt naturalny. Liczymy, że samo przejdzie i pediatra się z nami zgadza.
Co do cytrusów, Czupurek uwielbia mandarynki. Myśleliśmy, że może od nich ma drobną wysypkę, niewidoczną a tylko wyczuwalną w postaci szorstkości w okolicy łokci i łydek, ale niemal miesięczna przerwa od pomarańczowych owoców nie pomogła pozbyć się zmian na skórze.
Przy Młodym zrezygnowałam z mleka, cytrusów, produktów wzdymających i znów czekolady. Ale zaczęłam się zastanawiać skąd te zakazy.
- W przypadku alkoholu powód jest oczywisty.
- Kofeina - pobudza.
- Słodycze zawierają szkodliwe tłuszcze, które mają negatywny wpływ na rozwój mózgu dziecka.
- Fastfood to konserwanty i również szkodliwe tłuszcze. No i wszyscy powinni ich unikać, a nie tylko matki karmiące. Ale zakazany owoc smakuje najlepiej:).
- Produkty wzdymające mogą powodować kolki u niemowląt, więc, żeby oszczędzić maluszkowi bólu, a sobie nieprzespanych nocy albo zaprzepaszczonych wieczorów, powinno się z nich zrezygnować przez pierwsze trzy miesiące życia dziecka, kiedy przewód pokarmowy nie jest jeszcze wystarczająco rozwinięty.
- Czekolada, mleko, cytrusy - produkty uczulające, a w przypadku czekolady również powodujące zatwardzenie. Do kategorii uczulaczy dorzucam jeszcze orzechy, ale już zdążyłam przetestować kilka rodzajów, łącznie z tymi najsilniejszymi alergenami - fistaszkami. Nie zaobserwowałam u Krecika żadnej reakcji na nie. Z cytrusami zetknęłam go, kiedy wypiłam małą porcję multiwitaminy [ile tam tych owoców?]. Mleka w czystej postaci nie piję. Mam nadzieję, że uchronię go tym samym od skazy, chociaż czy to rzeczywiście jest ze sobą powiązane? Ale jem trochę serników:). No i czekolada. Też już próbowałam. Nie widziałam wysypki albo większych problemów z brzuszkiem. Co do zatwardzenia - zjedzenie kilku kostek go nie spowoduje. Kupka Młodego, jak chyba większości niemowląt, jest bardzo wodnista, więc w tej kwestii czekolada jest bezpieczna. A zatem kończę wywód i wybieram się do szuflady z pysznościami. Mniam.

niedziela, 4 stycznia 2015

Koniec roku

Jak ja tu dawno nie zaglądałam. Dużo się działo i brakowało czasu.

Święta były sympatyczne i rodzinne, Dziabusz wystąpił w stroju Mikołaja i rozdawał pięknie prezenty. A ze swoich był zadowolony. Nowe zabawki wymusiły uprzątnięcie i schowanie kilku starych.

Dostał świetny jeździk-pchacz z bardzo wysokim oparciem, dzięki czemu nie musi być schylony, kiedy z nim szaleje. Autko ma dużo atrakcyjnych elementów.

Zdjęcie ze strony: http://cw-p.pl

Oparcie ma około 59 cm wysokości od podłogi. W zdecydowanej większości pchaczy jest to około 44-46 cm, więc różnica bardzo zauważalna. Schowek pod siedzeniem [standard], piszczek w kierownicy i dodatkowo z przodu - wystające piszczałki odzywające się przy zderzeniu ze ścianą lub meblami. Figurka strażaka schowana za plastikową szybką. "Felgi" kręcące się niezależnie od kół - można się nimi bawić na postoju. Trzy przyciski z różnymi melodiami, środkowy wydaje dźwięk wozu strażackiego [ijo ijo] i uruchamia koguta [migające światła]. Z boku, widoczna na zdjęciu, jest zamontowana sikawka, można ją wyciągnąć na sznurku na pewną odległość i wciągnąć z powrotem za pomocą niebieskiego przycisku.
Maluch na razie używa pojazdu jako pchacza. Z myślą o tym wybieraliśmy właśnie taki z wysokim oparciem. Co trochę siada i próbuje się kilka razy odepchnąć nogami, więc z czasem się pewnie przyzwyczai.

Drewniane klocki z sorterem kształtów, polskiej firmy DABO. Trochę układamy, trochę burzymy, trochę celujemy w otwory w pokrywce. Ogólnie dobra rzecz. Dawno już miałam mu kupić, bo chciałam, żeby miał jakieś drewniane zabawki. Ale były Duplo i Pluszak twierdził, że trzeba się na któreś zdecydować. Na szczęście jedni dziadkowie kupili drewniane, drudzy - kolejny zestaw Duplo i jakoś się ze sobą klocki nie gryzą.
"Moja pierwsza koszykówka" firmy Clementoni nie cieszyła się wielkim powodzeniem. Być może z powodu sinej konkurencji w postaci auta pchacza. Niezbyt się nią Klusek zainteresował. Póki co nie miał zbyt wielu okazji do zabawy z koszem - rozpakowaliśmy po Wigilii, a potem została w bagażniku:p. Musimy jeszcze coś schować/wywieźć/oddać, żeby zrobić dla niej miejsce.

Wcześniej, przed Świętami, kupiliśmy małemu Bąkowi w Smyku znikopis Smiki. Podoba mu się. Sam coś próbuje rysować, odbija dołączone pieczątki magnetyczne, "zadaje" co my mamy mu narysować i uwielbia zmazywać zanim dokończymy. Fajna, kreatywna i dość tania zabawka [my daliśmy 50 zł bez grosza, w jakiejś promocji].

Oprócz znikopisu nabyliśmy też matę z trasami. Również z firmy Smiki. Wybieraliśmy przez dłuższy czas, bo chcieliśmy, żeby była wytrzymała i wygodna - niektóre dywanowe powodują zbyt duże tarcie i ciężko jeździć po nich małymi autami. Ta, którą w końcu wybraliśmy wykonana jest z takiego materiału jak osłony nakładane na przednie szyby samochodów przeciw nasłonecznieniu lub zamarzaniu. Dolna warstwa jest dodatkowo pokryta jakąś gumą czy czymś podobnym, dzięki czemu mata nie ślizga się po podłodze.


Niestety, mata jako taka nie interesuje malucha. Dopiero zachęty i rozpoczęcie na niej zabawy przez kogoś innego zwraca na trochę uwagę. Na trochę.

Jeśli chodzi o rozwój, to dwudziesty i dwudziesty pierwszy miesiąc Dziabusza obfitował w dużo więcej odwagi w powtarzaniu słów. Zna już kilkanaście czy dwadzieścia wyrazów, a drugie tyle umie wskazać, kiedy się o nie zapyta. Naśladuje również około 8-9 odgłosów zwierząt.
Widać wszystkie 4 trójki w buzi, może w tym miesiącu w końcu wyjdą całkiem. Wtedy zostaną mu do kompletu tylko piątki.
Trochę próbuje rysować, sam chętnie przynosi książeczki do oglądania. Przechodzimy teraz fazę "'mama". Wszystko mama. Wózek może prowadzić tylko mama. Karmić czy przewijać Kluska - mama. Oczywiście walczymy z tym i nie pozwalamy się tak ustawiać, ale mały testuje:). Stał się też bardziej aktywny, skacze, szaleje, biega z głośnym krzykiem. Ma dużo energii i szuka sposobów, jak ją wyładować. Np. wgryza się w pluszaki - kiedy już się mocno rozbawi i jest rozradowany, w taki sposób daje upust emocjom. Tu też wkraczamy. Wybraliśmy do gryzienia jedną maskotkę i tylko ja pozwalamy "krzywdzić".

Poza tym szykujemy powoli torbę do szpitala. W mojej ciąży bez zmian - wciąż katar, paskudna zgaga powodująca liczne pobudki w nocy i wymuszająca zmianę pozycji na siedząca, a czasami kończąca się jednak wymiotami, wielki brzuch zasłaniający stopy [na szczęście przy stosunkowo małym przybraniu na wadze - niecałe 10 kilo] i chód pingwina spowodowany właśnie brzuchem i jakimiś bólami reumatycznymi. Masakra, 30-letnia staruszka:/. Dlatego bardzo mnie cieszy zbliżający się termin porodu [10 lutego].
Od dziadków Dziabusza przywieźliśmy część wyprawki po pierwszym synku i najbliższe dni będę chyba spędzała na segregowaniu, wybieraniu i organizowaniu.

Dodatkowo wielką zmianą była konieczność szukania nowej niani:(. Ale o tym napiszę innym razem. Mimo, że jestem od miesiąca na zwolnieniu lekarskim, jakoś nie mogę wygospodarować czasu na pisanie bloga.  Trochę wiąże się to z Dziabuszem, trochę z załatwianiem różnych spraw formalnych, jak ubezpieczenia, przegląd auta, zmiany opon itp., ale też z faktem kupna większego mieszkania, które jest na etapie budowy, więc mamy jeszcze wpływ na jego układ funkcjonalny i wielkość pomieszczeń. No i właśnie zmiana niani. Zatem o tym wszystkim może w następnym poście.

sobota, 25 października 2014

Nieustający katar w ciąży. Empatia Misia i nowe słowo

Ostatnio nie mam czasu na pisanie nie tylko dlatego, że Dziabusz nie pozwala korzystać swobodnie z komputera. Sporo się dzieje u nas. Mały Miś będzie miał wkrótce braciszka i mój obecny stan znacząco różni się od poprzedniej ciąży. Z Kluskiem nie czułam żadnych zmian, mdłości czy jakichkolwiek dolegliwości związanych z tym szczególnym czasem. Teraz doskwiera mi chyba wszystko. Zaczynając od puchnięcia nóg, poprzez paskudne, całodniowe ataki zgagi doprowadzające nierzadko [najczęściej wieczorami] do wizyt w toalecie, a kończąc na nieznośnym katarze [zatkanym nosie], który trwa od ponad 4 miesięcy i na który nie ma rady - nie pomógł internista, ginekolog, alergolog i 3 różnych laryngologów:/. Najgorsza wiadomość to taka, że jedynie na 95 % katar zniknie po porodzie. Po 4 miesiącach chodzenia z otwartą buzią [inaczej nie mogę oddychać], budzenia Pluszaka chrapaniem i nieczucia smaków i zapachów, te 5 % jest bardzo niepokojące.
Perspektywa posiadania dwóch chłopaków stała się dla nas motorem do działania w kwestii poszukiwania większego mieszkania. Udało nam się znaleźć coś, o co nam chodziło i teraz wszelkie wysiłki wkładamy w planowanie, załatwianie, urządzanie itp. Brakuje czasu i siły na cokolwiek innego [oczywiście poza Dziabuszem, który większość tego czasu i sił z nas wyciąga]. Trochę zaczynam się martwić faktem, że nie wybraliśmy jeszcze imienia. Klusek już dawno miał w tym okresie. Jeszcze w sumie około 3,5 miesiąca, może coś do nas przemówi.
Zatem mam dwie wymówki na moją nieobecność na blogu. Jeszcze kilka tygodni i może będzie więcej czasu, kiedy wybiorę się na chorobowe, a Miś nadal będzie pod opieką niani.

Żeby nie pisać tylko o sobie, a wspomnieć o Dzidziusiewiczu [wszak to blog o nim], opiszę krótką sytuację. Maluch obudził się któregoś dnia z drzemki, a ja robiłam coś jeszcze przy laptopie i jak go wyjęłam z łóżeczka, żeby dać mu trochę czasu na rozbudzenie, włączyłam na tymże laptopie bajkę [pierwszy raz w sumie, bo dotychczas zdarzało się jedynie, że obejrzał parę piosenek]. Włączyłam któryś odcinek Reksia. Akurat bawił się starym butem. But złapał go za łapę i Reksio nie mógł się uwolnić. Mały Dziabusz jak to zobaczył, to się rozpłakał. Musiałam szybko zmienić bajkę i trafiło na Teletubisie, które bardzo mu przypadły do gustu. Ja jednak jakoś nie mogę się do nich przekonać:p.
A dziś też sytuacja z bajką. Pluszak skakał po kanałach i trafił na Klub Myszki Miki, czy coś w tym stylu. Myszka akurat mówiła: "oooo, tęcza!", a Dziabusz za nią: "oooo, tęcza". Chyba się znowu zapomniał, bo więcej nie chciał tego powtórzyć. Wychodzi na to, że umiałby wymawiać zadawane słowa, ale jest na to zbyt leniwy...

piątek, 3 października 2014

1,5 roku na urlopie:)

Nie chodzi o to, że urlop trwał półtora roku, a szkoda - nasz mały Miś skończył 18 miesięcy podczas wypoczynku. Nadal jest jednak ponadprzeciętnie wysoki, wygląda już na minimum dwa lata, a może nawet więcej. Pluszak sprawdził na siatkach centylowych jego wymiary z ostatniej wizyty u pediatry. Tym razem również był poza skalą wzrostu w swojej grupie wiekowej, a na siatce dwulatków znalazł się około 60 centyla. Ale to było parę tygodni temu, teraz znowu wystrzelił do góry i zahacza już głową o górne drzwiczki lodówki - z tego wniosek, że ma ponad 90 cm [91-92].
Na urlopie rozwinął się intelektualnie. Dużo więcej mówi. Głównie po swojemu, ale pojedyncze słowa są zrozumiałe [np. lampa]. Naśladuje głosy jakichś 7-8 zwierzątek. Wciąż jest bardzo zadaniowy - uwielbia, kiedy ma coś podać, przynieść, wyrzucić, pokazać. Umie też już wczepiać klocki, dotychczas je tylko rozdzielał.
Jakieś 2 miesiące temu Pluszak kupił mu książeczkę z serii "obrazki dla maluchów". Mi się nie spodobała, uznałam, że ma zbyt dużo szczegółów. Jednak nasz maluch ją sobie upodobał. Dlatego dokupiliśmy mu kolejne. Teraz jego kolekcja składa się z 5 tytułów tej serii i dwóch czy trzech innych.









Tytuł wraz z sąsiadującymi obrazkami powtarza się na pierwszej stronie, a dodatkowo jeden z obrazków [najczęściej ten spod napisu z tytułem] umieszczony jest na grzbiecie książki. Dziabusz aż się rwie, żeby pokazać pytającemu wszystkie miejsca występowania zadanego przedmiotu czy zwierzątka.
Nie kupowaliśmy pozostałych książek, ponieważ nie wydały nam się wystarczająco interesujące. Zamawialiśmy przez internet, więc widzieliśmy tylko okładki, a wydaje mi się, że po obejrzeniu środka nie zdecydowałabym się kupić części "życie w mieście". Pozostałe są mniej lub bardziej trafione.

No i koniec pisania. Dziabusz wzywa.



wtorek, 15 lipca 2014

Przygody z owadami. Pierwsza wysoka gorączka:(

No tak, ulubionym słowem Kluska było "am", ale odkąd wróciliśmy znad jeziora, gdzie Dziadek Miśkowy uczył malucha zabijać muchy łapką, ten ciągle powtarza "bam!" i często przy tym uderza w coś rączką. Jak widzi muchę, pokazuje na nią palcem, podchodzi bliżej i próbuje ją pacnąć. Przyglądał się biegającym mrówkom, jedną z nich rozgniótł paluszkiem oczywiście z okrzykiem "BAM!". Mały destruktor. A jeszcze parę tygodni temu chodził za latającą przy podłodze ćmą i rozpłakał się, kiedy dziadek ją unicestwił. Nadal podziwiamy z Pluszakiem jego rozwój i cieszymy się z każdego powtórzonego gestu albo zrozumianego przez maluszka komunikatu. Co to on ostatnio naśladował? Już wiem: wycieranie buźki chustkami, mycie brzuszka i czyszczenie podłogi papierowym ręcznikiem. Oprócz tego od jakiegoś czasu umie pukać do drzwi, wysyłać buziaczki [ostatnio przestał], przybijać piątki, robić "żółwika" i dawać cześć. Bez problemu wskazuje na części twarzy, o które pytamy [oczy, uszy, zęby, włosy, nos, język, buzia]. Aha, wszedł też na ławę o wysokości ponad 51 cm... samodzielnie... Wystarczająco silnym motywatorem były znajdujące się na niej ogórki konserwowe. Pluszak wybrał dla niego wielką śmieciarkę, bo chciał mu kupić jakieś duże auto. Łudziłam się trochę, że może zrezygnuje z zainteresowania domowym koszem na śmieci na rzecz dołączonych do auta pojemników, ale niestety nie ma tu zależności, podobnie jak było kiedyś z czajnikiem elektrycznym i jego miniaturowym odpowiednikiem.
Ma też za sobą pierwsze prawdziwe kąpiele pod prysznicem. Dotychczas miał napuszczaną wodę do wanienki lub wanny, a jak się spieszyłam, to sadzałam go tam bez wody, mydliłam szybko i spłukiwałam "polewaczką" [dużym plastikowym kubkiem z miarką] nazywając to prysznicem. Tym razem jednak Pluszak stwierdził, jak prysznic, to prysznic. Dziabusz był zachwycony i rozpłakał się, jak zamknęliśmy wodę. Za drugim razem myliśmy mu też w ten sposób włosy. Zniósł to bez problemu. Niestety naszego małego Kluska dopadła choroba. Dopiero co wyleczył przeziębienie i zakończył kurację antybiotykową związaną z zagrożeniem zapaleniem oskrzeli, a wczoraj znowu otrzymał antybiotyk. Tym razem nabawił się anginy. Miał prawie 40 stopni gorączki i były spore problemy z jej zbiciem. Na szczęście temperatura wróciła już do normy, ale przeżycie zdecydowanie negatywne - przed wczorajszym wieczorem jeszcze nigdy nie było potrzeby stosowania u niego leków przeciwgorączkowych. Postanowiliśmy spróbować z nianią zmienić trochę jadłospis Misia. Chodzi o przygotowywanie posiłków, które maluch może wziąć do ręki i jeść samodzielnie. Chodzi o to, żeby nie musieć za nim biegać z łyżeczką i prosić, żeby zjadł jeszcze trochę zupki. Weźmie sobie w łapkę kawałek potrawy i zje w swoim tempie [lub schowa do śmieciarki]. Znalazłam ciekawą stronę: http://alaantkoweblw.blogspot.com/
Trochę zbyt "eko" są niektóre propozycje, jak dla mnie, ale będziemy modyfikować przepisy - np. zwykłe mleko zamiast sojowego/migdałowego/kokosowego/słonecznikowego itp. A przepisy zawierające substancję zwaną amarantus ekspandowany, jako że jest mi on zupełnie obcy, pomijałam podczas wyboru menu. Wczoraj niania upichciła cały talerz racuchów według tego przepisu: http://alaantkoweblw.blogspot.com/2014/05/kukurydziane-racuchy-drozdzowe.html
W kolejce czeka sporo innych receptur.