środa, 26 października 2016

O rozwoju słów kilka



U starszego syna obserwujemy zdolności matematyczne. Po mamusi :). Bardzo ładnie liczy. Nawet do 100 z niewielką pomocą. Wykonuje proste zadania typu 5-2, 3+4 itp. Rozpoznaje wszystkie cyferki, trochę myli 9 i 6, nic dziwnego. Super radzi sobie także z puzzlami - zarówno z tymi o dużych kawałka, jak i o małych. Największa ilość elementów, jaką układał, to 70.
Nie licząc puzzli dla dwulatków, tych 3-4 elementowych, zaczynaliśmy od tego:

Po ich zakupie przyszliśmy do domu i rozpakowywaliśmy z Pluszakiem zakupy, a Dziabusz dobrał się do pudełka. Wtedy jeszcze nie było Bąbla, więc miał całą podłogę dla siebie. My skończyliśmy rozkładać produkty po szafkach, a Miś w tym czasie rozprawił się z układanką. Nie byliśmy mu potrzebni. 
Były też małogabarytowe obrazki, jak ten [wielkość jednego puzzla jest wyraźnie mniejsza od tych powyżej]:


A ostatnio działamy na zestawach:

 


Właśnie wśród tych ostatnich obrazków jest ten 70-elementowy. Ulubiony Misia, bo przedstawia pociąg.
Pluszak kupił także prostą układankę, ponownie 30 części, bardzo duże kawałki, ale na odwrocie jest druga wersja - czarno-biała. I na prawdę jest to duuuża trudność, kiedy nie można się posiłkować kolorami. Na szczęście Dziabusz się nie poddaje i walczy również z takimi utrudnieniami.


Nasz starszy syn lubi też śpiewać i ma wyraźne wyczucie rytmu. W przedszkolu podoba mu się rysowanie, ale w domu woli inne zabawy. Chcemy z Pluszakiem zapisać go na jakieś zajęcia ruchowe. Raz – trochę się wyżyje energetycznie, dwa – nie będzie łobuzował z Dzidziusiem przez czas zajęć dodatkowych. U nas w mieście nie ma zbyt wielu takich form. Fajne byłyby sporty walki, oczywiście nie mam na myśli boksu. Jakieś kung-fu czy inne jujitsu. Niestety – są tylko dla starszych dzieci. Nasz 3,5 latek będzie musiał się zadowolić zabawami z piłką. Może to wystarczy.

Młodszy, z uwagi na chorobę, nie rozwija się w standardowym tempie. Ma 20 miesięcy i jeszcze nie mówi, chociaż próbuje. Perfekcyjnie mówi „nie, nie, nie” kręcąc przy tym główką i najważniejsze, że umie „daj”, więcej mu nie trzeba;). Sam wymyślił zabawę! Mówi do nas „ija ija” – w znaczeniu wozów policyjnych, straży pożarnej lub karetki, a na pytanie, „gdzie jest ija ija?” wywija rączki i mówi „ymm ma” [nie ma]. Niezmiennie mnie to bawi i rozczula. Rozumie bardzo dużo. Według mnie przynajmniej na poziomie jego zdrowych rówieśników. Pokazuje wiele przedmiotów, o które pytamy, rozpoznaje zależności, np. na pytanie o czapkę pokazuje głowę; na widok termometru odchyla koszulkę przy dekolcie, żebym mogła go wsadzić pod pachę; jak zakaszle próbuje się klepać po plecach pokazując, co mam zrobić. Brata też chętnie klepie po plecach, gdy ten kaszlnie. Kiedy coś się rozleje biegnie po papierowe ręczniki. Dużo by wymieniać. Jest też okropnym złośnikiem. To również po mamusi. Zabierz mu miskę z jedzeniem, jeśli jeszcze coś zostało – oj, będzie głośno.

wtorek, 25 października 2016

Zazdrość starszaka, czyli jeszcze dwa lata i trochę odetchnę. Może.



Jak się tak rozglądam wśród znajomych z dwójką dzieci, to oceniam, że jeszcze 1,5 – 2 lata i w końcu znajdę czas dla siebie. Póki co ponad 20-miesięczny Bąbel i 3,5 letni Dziabusz uskuteczniają głównie zabawy przyprawiające o ból uszu [konkursy w najgłośniejszym pisku] lub gardła [nieudolne próby egzekwowania przeze mnie ciszy za pomocą wrzasków], a nieśmiałe pomysły, żeby olać wszystko i poleżeć przed telewizorem wywołują wizje jazdy karetką na sygnale, wizyty strażaków albo interwencji policjantów wezwanych przez sąsiadów.

Co dziwne, to starszak inicjuje niezgody. Młody umie zająć się sam nawet na dość długo. Co z tego, skoro starszy brat się wpiernicza, bo właśnie sobie przypomniał, że to małe uszkodzone auto, którym bawi się Bąbel jest takie super. Nieważne, że ostatni raz zwrócił na nie uwagę 3 miesiące temu. Dzidziuś parkuje w tym wjeździe do garażu? Po co skorzystać z drugiego, spróbujmy wbić w ten mały przejazd dwa autobusy, może się uda. O, Młody wziął sobie właśnie zabawkowy telefon, dam mu mój nowy „tablet” do nauki literek: „Bąbel, zamienimy się?”. Nawet włączenie bajek Dziabuszkowi, żeby rozdzielić chłopców i dać małemu swobodę w zabawie [bajki go niezbyt interesują] nie jest wystarczające – bardziej kuszące od bajek jest przeszkadzanie bratu. Wiem, że tak naprawdę nie chodzi o przeszkadzanie, tylko chęć uczestniczenia, ale to mnie nie pociesza. 

Jakiekolwiek próby WSPÓLNEJ zabawy kończą się fiaskiem. Budowanie z klocków – Dziabusz akurat chce te, które ma "Wiewiórka". Wyścigi aut zjeżdżających z drewnianego garażu – oczywiście obaj chcą jechać na raz. Czytanie książeczek – maluch się nie interesuje. Robienie kulek z papieru i rzucanie ich do miski – nikt się nie interesuje. Rzucanie czym popadnie gdzie popadnie – supeeeer, ale mama zabrania:/. Dlatego nasze popołudnia opierają się głównie na wyjściu z domu. Spacer, zakupy, odwiedziny u dziadków. W ostateczności jazda samochodem bez celu. 

Każdy z nich oddzielnie jest cudownym, kochanym dzieckiem, ale razem… Wiem, jaki jest tego powód – młodszy jest traktowany inaczej, bo mniej rozumie, bo trzeba do niego w inny sposób mówić, bo toleruje się niektóre zachowania, których nie zdążył się nauczyć. A starszy jest rozżalony, dlaczego Dzidziuś może, a on nie. I pewnie to jest również powodem „wstecznego” zachowania Dziabusza – zamiast uczyć młodszego brata, naśladuje jego piski, rzucanie zabawkami, uderzanie o stół itp. I znów powód do złości i zazdrości – robią to samo, a rodzice reagują inaczej. „Młody, ciiii, nie piszcz”. „Dziabusz, przestań wrzeszczeć!”. WIEM, ŻE TO ZŁE. Ale tak trudno się powstrzymać! Stąd myśl, że jeszcze 1,5 - 2 lata. Wtedy Młodszy będzie w obecnym wieku starszego i też będzie można od niego wymagać tego samego. Oboje będą traktowani w miarę równo, a kłótnie o zabawki będą się kończyły zabraniem powodu niezgody. Taki jest plan...

niedziela, 2 października 2016

Przedszkole Montessori - wady i zalety pedagogiki z punktu widzenia rodzica:)

W końcu publikuję post, który napisałam ponad rok temu, także u nas już nieaktualny, ale komuś może pomoże.

Wybór odpowiedniej placówki opieraliśmy głównie na bliskiej odległości od domu. Dziadkowie Kluska zrobili nam niespodziankę i wyznali, że kiedy miał 3 miesiące zapisali go na listę kandydatów do przedszkola Montessori [też jest w miarę niedaleko]. Zaczęliśmy zatem czytać, na czym polega wyjątkowość tej formy edukacji. Trzeba przyznać, że jest dość kontrowersyjna. Nie będę opisywać historii założycielki ani wszystkich szczegółów, można to łatwo wyszukać w internecie. Generalnie metoda została stworzona dla dzieci niepełnosprawnych, aby umożliwić im rozwój i szansę na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Bardzo fajny artykuł przedstawiający dość obiektywnie założenia pedagogiki Montessori znalazłam na stronie godmother.pl. W skrócie - metoda przygotowana dla dzieci niepełnosprawnych została zastosowana wśród dzieci zdrowych, w całości. Nie uwzględniono odmiennych możliwości intelektualnych i motorycznych; w artykule mówi o tym przykład dotyczący podnoszenia klocków pojedynczo [nie wolno wziąć kilku naraz]. Odsyłam do tego tekstu, a sama opiszę własne obserwacje z pobytu w tej specyficznej placówce.
Nasłuchaliśmy się o przedszkolu wielu negatywnych opinii. A to, że nie ma zasad, a to, że problem z kontynuacją późniejszej nauki tą samą metodą, a w końcu, że dla snobów itp. Zaczęliśmy czytać o podstawowych założeniach. Dowiedzieliśmy się, że pedagogika Montessori wyklucza zabawki w klasycznym rozumieniu. Wszystkie dostępne akcesoria mają służyć nauce, zatem nie ma misiów, samochodów czy lalek, są klocki do dodawania, kolorowanki określające anatomię ludzi i zwierząt, koraliki do tabliczki mnożenia itp. Maluchy uczą się funkcjonowania na co dzień - obcują ze szklanymi przedmiotami, posługują się nożem i widelcem, zmywają talerze po zjedzeniu śniadania [byłam mocno zaskoczona widząc to]. A śniadanie jedzą w swojej sali - stoi stół z kilkoma krzesłami, na nim kromki chleba, szynka, pomidor i inne elementy niezbędne do spreparowania kanapki, którą każdy tworzy samodzielnie. Jest na to około 1,5 godziny, może więcej, dlatego, mimo ograniczonej ilości miejsc, dla wszystkich wystarczy czasu. I tu wspomnę o cesze pedagogiki Montessori, która doprowadziła do opinii "brak zasad", mianowicie - dziecko nie jest do niczego zmuszane. Chcesz, to jesz, nie chcesz - nie musisz, będziesz głodny albo zjesz za 20 minut. I to nie dotyczy jedynie posiłków. Jeśli przedszkolak nie chce liczyć patyczków, może zbudować "różową wieżę" albo poćwiczyć pisanie literek. Może też pomóc koledze, jeśli ten akurat nie ma pomysłu na siebie. Wychowawcy Montessori wychodzą z założenia, że nicnierobienie w końcu się nudzi i dzieci Z WŁASNEJ INICJATYWY podejmują jakieś działania. Fragmenty artykułu ze strony edukacja-klasyczna.pl opisują ten rodzaj pedagogiki jako "złudzenie wolności" i porównują ją do założeń Jean-Jacquesa Rousseau, który mówił, że „bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało. Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć”. Jednak, jeśli wczytać się w filozofię Rousseau, dzieci miały zacząć ćwiczyć umysł dopiero po 12 roku życia, zaś Montessori zastępuje zabawę nauką od najmłodszych lat.
Właśnie wczesna nauka jakoś mnie zniechęcała do tego przedszkola. Co prawda dzieci nie rozumieją, że to forma kształcenia, a nie klasycznie pojęta zabawa i pewnie im to nie przeszkadza, ale siedzi mi w głowie taka obawa, że w którymś momencie Dziabusz się połapie, że robimy go w balona i zamiast od 6 roku życia podjąć trudy wieeeeeeloletniej edukacji, został na nią skazany mając 2,5. Może to błędne rozumowanie, jednak nie chciałabym go pozbawiać dziecięcej beztroski, szczerej radości i, co tu dużo mówić, zwykłego łobuzowania [oczywiście w granicach rozsądku]. W przedszkolu Montessori nie ma na to miejsca. W salach jest CICHO! No, nie bezszelestnie, ale nie ma zgiełku, wrzasków, pisków. Maluchy rozmawiają przyciszonym głosem, a kiedy któreś zachowuje się głośniej - zwracają mu uwagę [nie wychowawcy, a koledzy!]. Nauczyciel jest tu tłem, ma nadzorować, czasem zaproponować formę aktywności, jeśli ktoś dłuższy czas nie może znaleźć siebie zajęcia, czuwać nad bezpieczeństwem i nieść pomoc, jeśli dziecko jej sobie zażyczy [nic na siłę].
Takie podejście do rozwoju ma swoje wady i zalety, jak wszystko. Ja na plus zaliczam:
+ grupy łączone wiekowo, co jest czymś naturalnym i logicznym, wszak na placu zabaw, w sklepie, w parku nie dzieli się ich na maluszki i starszaki,
+ indywidualne podejście do każdego dziecka [biorąc pod uwagę ciągłą naukę, to niemal jak korepetycje],
+ rozwój intelektualny [niekiedy zajęcia są prowadzone w dwóch językach],
+ szacunek.
Jako minus traktuję:
- ograniczenie beztroski,
- brak klasycznej pory drzemki [Dziabusz potrafi przespać w ciągu dnia ponad 3 godziny, a w montessoriańskich przedszkolach dzieci, które chcą spać, śpią w sali, w której pozostałe maluchy są aktywne; wątpię, żeby to się udało z Kluskiem i nie chodzi o hałas, choć to też, po prostu zobaczy, że są ciekawsze rzeczy od drzemki, a brak tej formy odpoczynku w jego przypadku skutkuje ciężkim wieczorem],
- paradoksalnie grzeczne zachowanie i wyciszenie uważam również za minus, już wyjaśniam: dziecko, które przez 10 godzin [tyle Dziabusz spędzałby w przedszkolu, ponieważ oboje z Pluszakiem pracujemy poza miastem i dojazdy zajmują nam po niemal godzinę w jedna stronę] musi być spokojne, bardzo się tym spokojem męczy. Maluchy potrzebują ruchu, czasem trochę wrzasku i radosnych pisków, biegania, skakania, gimnastyki. Uniemożliwianie im tego [nie licząc spacerów] frustruje je i zmusza do szukania ujścia nagromadzonym emocjom w późniejszej porze dnia.

Jak ze wszystkim - jednym odpowiada, inni są przeciwni. W moim przypadku zaważyły drzemki [a raczej ich brak]. Dodatkowym argumentem przeciw, był bywający na naszym placu zabaw chłopiec z przedszkola Montessori, który jest największym łobuzem, rozrabiaką i brutalem nieoszczędzającym nawet najmłodszych dzieci, na całym osiedlu. Ale może to tylko przypadek:).

czwartek, 5 maja 2016

Usuwanie trzeciego migdała. Pierwsze kroczki.

Miesiąc temu Dziabusz skończył trzy lata. W zeszłym tygodniu pozbył się tzw. trzeciego migdała. Traumatyczne zakładanie wenflonu, wcześniej syrop z "głupim jasiem", siusiu i po kilkunastu minutach wyjazd na blok operacyjny. "Jasiu" działał, więc nie było problemu z rozdzieleniem się. Jakieś 40 minut później zza ciężkich drzwi dobiegł mnie krzyk Misia. Z tym krzykiem pojechaliśmy do sali i z nim spędziliśmy kolejne 40 minut. To nie był płacz, lecz wrzask przerażonego dziecka, jakby miało koszmarny sen. Serce mi pękało, nie dało się go uspokoić, więc tylko leżałam obok niego przytulając, głaskając i uciszając. Usnął ze zmęczenia i jeszcze przez kilkanaście - dwadzieścia minut podbudzał się znów krzycząc. W końcu zasnął spokojny i przespał ponad 2,5 godziny. Po tym czasie wstał jak gdyby nigdy nic. Bawił się ze mną, śmiał, rozmawiał. Żadnych wymiotów spowodowanych narkozą, bóli, nieprzyjemnych odczuć czy jakichkolwiek innych sygnałów, że coś mu przeszkadza, nie odpowiada.
Po tygodniu wrócił do przedszkola. Teraz trzymamy kciuki, żeby zabieg spełnił swoje zadanie.

Dziabusz już wygląda jak średni pięciolatek. Robi się coraz mądrzejszy, ale i cwańszy. Fajnie się już z nim rozmawia, on sam zaczepia ludzi i opowiada im np. że "idziemy do domu tylko na chwilę, bo mama chce zrobić siku, a zaraz znowu wyjdziemy" albo, że "wysiadamy na następnym przystanku, żeby kupić parówki". Jest zdolny opowiedzieć wszystko i wszystkim. Dziś zaskoczył nas tekstem, który wywołał u Pluszaka parskanie powodowane powstrzymywaniem śmiechu, a u mnie łzy z tego samego powodu. Mam wyjść z dzieciorami na dwór, mówię starszemu, żeby zakładał buty, ale oczywiście są ważniejsze rzeczy - trzeba misiem wytrzeć podłogę, to auto jest akurat najfajniejszą zabawką, może poukładamy klocki? - wkurzyłam się i powiedziałam, ze mam go w nosie.
Ja: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Dziabusz: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Ja: uspokój się!!
Dziabusz: uspokój się!!
Ja: nie wkurzaj mnie!! Ja idę z Dzidziusiem na dwór, a ty se siedź!
Dziabusz: mama, nie złość się na mnie [tu myślę, że mnie przeprosi], ubieram buty, przeszkadzasz mi.

Pan Dzidzia, piętnastomiesięczne cudo. Piękny jak z obrazka. Co jakiś czas zastanawiamy się z Pluszakiem, jak z takich przeciętnych ludzi, jak my, zrodziło się takie śliczne dziecię.
Jeszcze nie chodzi samodzielnie, przy meblach i za rączki/rączkę - owszem. Nie martwi mnie to. Dziadek sprawił, że zrobił pełne dwa pierwsze kroki, kilka dni temu. Z mówieniem też kiepsko. Kiedyś powtarzał mama, trochę tata, baba, parę razy nawet dziadzia czy coś w ten deseń, potem przestał. Mówi po swojemu, więc z aparatem mowy raczej kłopotu nie będzie. Próbuje coś. Ma swoje określenia na jedzenie, na "daj", trochę podśpiewuje gaworząc itp. Też jeszcze za bardzo się nie przejmuję, chyba dlatego, że w Dziabusza grupie w przedszkolu jest chłopiec [starszy od niego], który wypowiada tylko te wymienione wyrazy i może parę innych, a poza tym jedynie bełkocze. Nie mówię, że to normalne, ale skoro on nie ma stwierdzonych jakichś zaburzeń rozwojowych, to tym bardziej nasz Bąbelek.

piątek, 16 października 2015

Jak nie urok, to sraczka...

Tym brzydkim, lecz jakże prawdziwym przysłowiem postanowiłam podsumować to, co się u nas wyprawia teraz. Dziabusz ma 2,5 roku i poszedł do przedszkola. Miał 2 dni adaptacyjne w ostatni czwartek i piątek sierpnia, a od poniedziałku [31 sierpnia] zaczął się "rok szkolny". Tydzień pochodził, w piątek dostał kataru i kaszlu i tydzień siedział w domu i się leczył. Potem znów do przedszkola, pochodził półtora tygodnia i w czwartek niania po niego poszła, bo miał gorączkę. Od owego czwartku minęły ponad dwa tygodnie, podczas których, biedaczek, dostawał antybiotyk i znów nie wychodził na dwór. I podczas, gdy szykuję się, żeby w poniedziałek go przygotować do przedszkola okazuje się, że źle słyszy:/. Mam nadzieję, że to nic poważnego. Laryngolog zaleciła kolejny antybiotyk [na obrzęk gardła], który to rzekomo ma spowodować, że mu się odblokują trąbki słuchowe, czy coś w tym stylu. Nie wiem, czy to coś da, bo przecież jeden antybiotyk już wybrał, a mam jakieś takie przekonanie, że antybiotyk to antybiotyk i tyle. Jeśli jednak zastosujemy ten lek, Dziabusz będzie musiał chyba kolejne dwa tygodnie przesiedzieć w domu [tydzień leczenia, tydzień na powrót odporności].
Dopiero wróciłam do pracy po macierzyńskim [28 września], a już siedzę na urlopie, żeby niania nie miała dwójki na głowie [bo się z kolei nie wypłacimy za opiekę] - ponad tydzień była sama, teraz walczymy razem. Nie mam pojęcia, jak będzie od poniedziałku, bo Młody ma szczepienie, więc niania musi mieć kogoś do pomocy. Jestem załamana, zdołowana, zdeprymowana, bezsilna i wszystkie inne synonimy zrezygnowania.
Nasze maleństwo zaś ma 8,5 miesiąca i parę miesięcy po porodzie zdiagnozowano u niego paskudną chorobę genetyczną. Ma za sobą kilkukrotne pobieranie próbek krwi, które następnie były wysyłane na testy DNA do Stanów, a z winy firmy kurierskiej nie skończyło się na jednym podejściu. Miał robiony rezonans magnetyczny główki, który na szczęście wykluczył jakiekolwiek niepokojące zmiany. Następne obrazowanie za rok. I tak będziemy żyć z roku na rok. Póki co [i oby tak zostało], nie ma żadnych oznak choroby poza ciapkami zwanymi plamami kawa z mlekiem, głównie na brzuszku i plecach. Także nikt niewtajemniczony nie wie, że coś mu jest. Innego tak radosnego, uśmiechniętego, niewymagającego i towarzyskiego dziecka nie znam. Jest przecudowny z tymi swoimi dwoma zębami na dole. Przez chorobę jest odrobinę w tyle w rozwoju, jednak nie jest to coś, co miałoby wpływ na jakość i komfort życia - wszystko się powinno wyrównać. Siedzi posadzony [przez kilka minut], pełza po całym mieszkaniu i lubi bawić się autami;).
Dziabuszek, jako starszy brat spisuje się różnie, ale zazwyczaj dobrze lub lepiej niż dobrze. Głaszcze, daje smoczek, zwraca mi uwagę, że "Dzidzia płacze", kiedy nie reaguję odpowiednio szybko:). Czasem tylko zabiera zabawki. Ale już się uczy, że jeśli zabierze jedną - daje drugą w zamian.
Dodatkowo dostaliśmy właśnie klucze do nowego mieszkania i musimy się uporać z wyprowadzką [do końca października], wprowadzką [oby do końca listopada], pobytem u dziadków chłopaków pomiędzy i podejmowaniem mnóstwa różnych decyzji. A przy tym wszystkim Pluszak będzie operowany [w listopadzie] i tylko myśl, że inni mają gorzej;), a sobie radzą, trzyma mnie w ryzach i pozwala nie zwariować...

środa, 19 sierpnia 2015

Pana Dzidzi pierwszy ząb i co jeszcze u chłopaków

Dziabusz idzie zaraz do przedszkola. Ma już dwie z czterech piątek [zęby]. Mierzy ponad metr, a waży 18 kilo [jest szczupły], a jeszcze nie ma 2,5 roku:p. Mówi coraz więcej i coraz lepiej. Ma własne zdanie, wygłasza własne sądy [sio mucho, to nasz dom; ale tu fajnie; nie lubię mleka, lubię budyń - mając na myśli, że budyń lubi bardziej], a co się z tym wiąże - coraz mocniej nas testuje i często czegoś żąda. Oczywiście musimy być twardzi, staramy się dużo tłumaczyć i prosimy o informację zwrotną, czy rozumie, o co chodzi.
W kontaktach z bratem Dziabusz jest rozczulający, choć nie są one bardzo częste. A to chce przytulać, a to dać lub zabrać zabawkę, a to karmić, wyrzucać pieluchy, głaskać i zagadywać. Pan Dzidzia nie pozostaje dłużny, zawsze obdarzy uśmiechem, pacnie rączką lub zapiszczy z radości. A Młody też już urósł, przez długi czas na siatce centylowej był na 25. z wagą, na 75. ze wzrostem. Teraz mam wrażenie, że znowu schudł, ale obym się myliła. Cykl dnia maluszka się uregulował i wygląda tak:
ok. 8-9 [zależy, o której wstanie, to tak pół godziny później jest śniadanie] - kasza mleczna podawana łyżeczką
ok. 12 - mleko modyfikowane z dodatkiem sporej porcji ugotowanej na wodzie kaszy manny
ok. 15 - obiad ze słoiczka
ok. 18 - mleko [obecnie porcje mleka wynoszą 180 ml wody + 6 miarek proszku]
20.30 - sinlac [preparat zbożowy; 180 ml wody + 40 g proszku]
i w nocy, w okolicach pierwszej - porcja mleka.
Kładziemy go do spania około 21 i pomijając jedno nocne karmienie, śpi zazwyczaj do 8 lub 8.45. Czasami podbudza się koło 6, ale zazwyczaj udaje się go przekonać do spania [niekiedy biorąc go do naszego łóżka].
w ciągu dnia Pan Dzidzia ma kilka drzemek [trzy?], czasami śpi jeszcze rano, po śniadaniu, czasami dopiero po mleku z glutenem, wtedy zazwyczaj długo, do 3 godzin. Później jeszcze jakaś jedna lub dwie krótkie, po pół godziny. Ale ma dopiero 6,5 miesiąca, oby dobre spanie trwało jak najdłużej.
Mieliśmy przez pewien czas kłopot z nakłonieniem Młodego do jedzenia z łyżeczki. Już się martwiłam, że będę mu musiała rozszerzać dietę przy pomocy butelki, podając rozwodnione dania. Na szczęście nie poddałam się i teraz mamy niemal spektakularny sukces [od razu dwa stałe posiłki na dobę, a tempo też nie najgorsze]. Cieszę się, że z dopajaniem wodą również nam się udało, chociaż niektórzy namawiali mnie, żebym przeszła na soki ["przecież to zdrowe"], a inni, o zgrozo, bym dosładzała glukozą! Jednak Dzidzia w końcu się przekonał, do picia wody i idzie w ślady starszego brata [Dziabusz nadal nie pija słodkich napojów. tylko woda, ewentualnie gorzka herbata - lubi; od święta dostanie trochę soku - może raz na 2-3 miesiące - a ostatnio spróbował u babci kompotu, szkoda, że posłodziła].
U maluszka wyszedł już pierwszy ząbek, 11 lub 12 sierpnia się pokazał. Dziabusz miał jakoś 8 miesięcy, kiedy wyrżnęła mu się pierwsza jedynka. Ale starszy już siedział od kilku tygodni, a Młody, póki co, nie umie. Oczywiście na wszystko przyjdzie czas, ale porównań nie da się uniknąć.

Jutro ukochani dziadkowie zabierają swojego pierworodnego wnuka nad jeziorko i przywiozą go dopiero w sobotę. Już robili tak parę razy. Jesteśmy im ogromnie wdzięczni, bo chociaż jasne jest, że kochamy i uwielbiany nasze dzieci, to odpoczynek od nich pozwala się stęsknić i jeszcze bardziej cieszyć widząc je po rozstaniu, czyż nie ;)? A biorąc pod uwagę, że Pluszak ma urlop, a ja jeszcze na macierzyńskim i że musimy podjąć wiele decyzji i ruszyć z zakupami materiałów do wykańczania nowego mieszkania, to taki obrót sytuacji bardzo nam odpowiada. Młody nam potowarzyszy.

Mam nadzieję, że z Panem Dzidzią nie będzie tak, jak z Dziabuszem - że co go pochwaliłam i opisałam na blogu jak to ładnie śpi/je/zachowuje się itp, a zaraz karta się odwracała i musiało się coś zepsuć, choć najczęściej krótkotrwale. Oby z Młodym nie było tej zależności.

środa, 17 czerwca 2015

Zmiany, zmiany

Miałam projektować mieszkanie, ale wybrałam jednak zapisanie kilku nowych wydarzeń związanych z naszymi dziećmi. Ach, ten brak czasu na wszystko;).
Chłopaki mają teraz 2 lata i 3 miesiące starszy, młodszy - 4,5 miesiąca.
Dziabusz wczoraj pierwszy raz spał bez smoczka! W ciągu dnia wcale go nie używa, ale do zasypiania był mu niezbędny. Przynajmniej tak myślałam, ale wczoraj postanowiłam spróbować się go pozbyć. Kiedy ja byłam mała, rodzice "dali smoczek świnkom" [mieszkałam na wsi]. W przypadku Kluska wybrałam stworzonka, które go bardzo fascynują, mianowicie mrówki. Zapytałam, czy wyrzucimy smoczek, żeby mrówki mogły się pobawić i zrobiliśmy cała akcję z wychodzeniem na dwór i śmietnikiem. Po kryjomu wyjęłam "uspokajacz" i w domu dobrze go wyparzyłam, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak się nie udało. Mam gdzieś też drugi, ale wolę się zabezpieczyć. Wieczorem, przy kładzeniu spać, Dziabusz upomniał się o swoje. Wytłumaczyłam mu, że przecież podarował smoczek mówkom, wyrzucił do śmieci i nie ma. Trochę postękał i dał się przekupić ciastkiem - położył się po zjedzeniu już bez problemu. Zobaczymy, jak będzie dziś na drzemce. Ale byłam dumna:).
A jeszcze bardziej dumna byłam na placu zabaw, gdzie Klusek udał się bez pieluchy, w majtkach i spodenkach. Co chwilę pytałam, czy chce siku i wciąż słyszałam "nie". W końcu sam przybiegł: "Mama, siku!". Pędzę z nim na trawkę, w ustronne miejsce, rozbieram, a tu: "Mama, kupa". Trochę mi mina zrzedła, ale stwierdziłam, że mam czym posprzątać, trudno. Na szczęście był to fałszywy alarm, ale siku zrobił. Dwa razy:). Super! Dziś niania wzięła Dziabuszka na dwór również bez pieluchy, z zapasowym zestawem ubrań w torbie. Pierwsze sukcesy wyjściowe są, oby tak dalej.
A poniżej jeszcze nowy nabytek Misia - motorek wystarczająco masywny na jego wagę i wzrost. Kupiliśmy go jako coś przejściowego między autami-odpychaczami a rowerkiem biegowym, bo z tym ostatnim jeszcze sobie nie radził i zaczynał się zniechęcać. Motorem ma tylko dwa koła, ale na tyle szerokie, że sam stoi i jest całkiem stabilny. Klusek już śmiga na nim jak rajdowiec, więc jeszcze trochę i będzie gotowy na biegówkę, tak myślę.
Zdjęcie pochodzi ze strony link.baby.pl

Młody natomiast uśmiechnięty prawie zawsze i do wszystkich. Jest cudowny i taki spokojny. Mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam mu wystarczającej ilości czasu. Z drugiej strony, nie chcę, żeby starszy brat był zazdrosny i wciąż jestem rozdarta. A skutki nikłego zainteresowania Krecikiem są widoczne - nie rozwija się odpowiednio szybko do wieku. Główkę trzyma już od jakiegoś czasu, ale jeszcze mu ucieka na boki, nie dźwiga jej na tylko mocno, żeby się nie chwiała. Rączek nie wyciąga po zabawki, co rzekomo już dawno dzieci potrafią. I jeszcze kilka drobniejszych zastrzeżeń obserwujemy. Nie przejmuję się tym jakoś bardzo mocno, ale na tyle jednak, że częściej go noszę w pozycji wymuszającej wyprostowanie głowy i ćwiczenie szyi, a Pluszak stara się zainteresować Pana Dzidzię grzechoczącym pluszowym zającem, na widok i dźwięk którego Młody świruje:). Wznieca się ogromnie, ale rączek wyciągać po niego nie chce. Dopiero, kiedy mu się go w łapki wepchnie, to trzyma i szarpie. No cóż, przyjdzie na niego pora, to będzie sięgał nie tylko po zabawki...
Niestety pierwszy antybiotyk jest już na koncie Krecika:/. Zapalenie gardła i podejrzenie zapalenia ucha środkowego. Ale Dziabusz młodszy był, jak faszerowaliśmy go pierwszy raz takimi farmaceutykami - zapalenie dróg moczowych. Na szczęście chyba jest już dobrze, oczywiście lek będę mu podawać do końca wyznaczonego okresu.
Z karmieniem dalej kiepsko. Coraz rzadziej je z piersi. Obecnie ze 3-4 razy na dobę. Nie wiem, czy dociągnę do pełnych sześciu miesięcy. Wydaje mi się, że nie, ale zobaczymy. Cieszę się, że pierwszy trzy, a nawet prawie cztery, pił tylko moje mleko. Trochę tych przeciwciał wchłonął, jakby nie było.

Klusek często zagaduje do brata. Jego "cześ, Dzidzia", to już mantra. Maluszek odpowiada mu szerokim uśmiechem, na co Dziabusz zawsze zwraca się do mnie: "Mama, Dzidzia cieszy". Obaj są tak uroczy i słodcy, że nieraz muszę powstrzymywać łzy wzruszenia. A nasz starszak mówi coraz więcej i częściej. Teksty typu:

- Mama, spałem trochę [kiedy chce poleżeć w łóżeczku]

- Może tak, może nie

- Jedna nie, dwie [galaretki]

- Mama, daj [coś]
- Nie mam
- Kupić!
- A masz pieniądze?
- Tak
- To daj
- Posze, mama [i wyciąga niewidzialną gotówkę]

nie są już rzadkością. Pyskata mała bestia z niego.