W końcu publikuję post, który napisałam ponad rok temu, także u nas już nieaktualny, ale komuś może pomoże.
Wybór odpowiedniej placówki opieraliśmy głównie na bliskiej odległości od domu. Dziadkowie Kluska zrobili nam niespodziankę i wyznali, że kiedy miał 3 miesiące zapisali go na listę kandydatów do przedszkola Montessori [też jest w miarę niedaleko]. Zaczęliśmy zatem czytać, na czym polega wyjątkowość tej formy edukacji. Trzeba przyznać, że jest dość kontrowersyjna. Nie będę opisywać historii założycielki ani wszystkich szczegółów, można to łatwo wyszukać w internecie. Generalnie metoda została stworzona dla dzieci niepełnosprawnych, aby umożliwić im rozwój i szansę na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Bardzo fajny artykuł przedstawiający dość obiektywnie założenia pedagogiki Montessori znalazłam na stronie godmother.pl. W skrócie - metoda przygotowana dla dzieci niepełnosprawnych została zastosowana wśród dzieci zdrowych, w całości. Nie uwzględniono odmiennych możliwości intelektualnych i motorycznych; w artykule mówi o tym przykład dotyczący podnoszenia klocków pojedynczo [nie wolno wziąć kilku naraz]. Odsyłam do tego tekstu, a sama opiszę własne obserwacje z pobytu w tej specyficznej placówce.
Nasłuchaliśmy się o przedszkolu wielu negatywnych opinii. A to, że nie ma zasad, a to, że problem z kontynuacją późniejszej nauki tą samą metodą, a w końcu, że dla snobów itp. Zaczęliśmy czytać o podstawowych założeniach. Dowiedzieliśmy się, że pedagogika Montessori wyklucza zabawki w klasycznym rozumieniu. Wszystkie dostępne akcesoria mają służyć nauce, zatem nie ma misiów, samochodów czy lalek, są klocki do dodawania, kolorowanki określające anatomię ludzi i zwierząt, koraliki do tabliczki mnożenia itp. Maluchy uczą się funkcjonowania na co dzień - obcują ze szklanymi przedmiotami, posługują się nożem i widelcem, zmywają talerze po zjedzeniu śniadania [byłam mocno zaskoczona widząc to]. A śniadanie jedzą w swojej sali - stoi stół z kilkoma krzesłami, na nim kromki chleba, szynka, pomidor i inne elementy niezbędne do spreparowania kanapki, którą każdy tworzy samodzielnie. Jest na to około 1,5 godziny, może więcej, dlatego, mimo ograniczonej ilości miejsc, dla wszystkich wystarczy czasu. I tu wspomnę o cesze pedagogiki Montessori, która doprowadziła do opinii "brak zasad", mianowicie - dziecko nie jest do niczego zmuszane. Chcesz, to jesz, nie chcesz - nie musisz, będziesz głodny albo zjesz za 20 minut. I to nie dotyczy jedynie posiłków. Jeśli przedszkolak nie chce liczyć patyczków, może zbudować "różową wieżę" albo poćwiczyć pisanie literek. Może też pomóc koledze, jeśli ten akurat nie ma pomysłu na siebie. Wychowawcy Montessori wychodzą z założenia, że nicnierobienie w końcu się nudzi i dzieci Z WŁASNEJ INICJATYWY podejmują jakieś działania. Fragmenty artykułu ze strony edukacja-klasyczna.pl opisują ten rodzaj pedagogiki jako "złudzenie wolności" i porównują ją do założeń Jean-Jacquesa Rousseau, który mówił, że „bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało. Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć”. Jednak, jeśli wczytać się w filozofię Rousseau, dzieci miały zacząć ćwiczyć umysł dopiero po 12 roku życia, zaś Montessori zastępuje zabawę nauką od najmłodszych lat.
Właśnie wczesna nauka jakoś mnie zniechęcała do tego przedszkola. Co prawda dzieci nie rozumieją, że to forma kształcenia, a nie klasycznie pojęta zabawa i pewnie im to nie przeszkadza, ale siedzi mi w głowie taka obawa, że w którymś momencie Dziabusz się połapie, że robimy go w balona i zamiast od 6 roku życia podjąć trudy wieeeeeeloletniej edukacji, został na nią skazany mając 2,5. Może to błędne rozumowanie, jednak nie chciałabym go pozbawiać dziecięcej beztroski, szczerej radości i, co tu dużo mówić, zwykłego łobuzowania [oczywiście w granicach rozsądku]. W przedszkolu Montessori nie ma na to miejsca. W salach jest CICHO! No, nie bezszelestnie, ale nie ma zgiełku, wrzasków, pisków. Maluchy rozmawiają przyciszonym głosem, a kiedy któreś zachowuje się głośniej - zwracają mu uwagę [nie wychowawcy, a koledzy!]. Nauczyciel jest tu tłem, ma nadzorować, czasem zaproponować formę aktywności, jeśli ktoś dłuższy czas nie może znaleźć siebie zajęcia, czuwać nad bezpieczeństwem i nieść pomoc, jeśli dziecko jej sobie zażyczy [nic na siłę].
Takie podejście do rozwoju ma swoje wady i zalety, jak wszystko. Ja na plus zaliczam:
+ grupy łączone wiekowo, co jest czymś naturalnym i logicznym, wszak na placu zabaw, w sklepie, w parku nie dzieli się ich na maluszki i starszaki,
+ indywidualne podejście do każdego dziecka [biorąc pod uwagę ciągłą naukę, to niemal jak korepetycje],
+ rozwój intelektualny [niekiedy zajęcia są prowadzone w dwóch językach],
+ szacunek.
Jako minus traktuję:
- ograniczenie beztroski,
- brak klasycznej pory drzemki [Dziabusz potrafi przespać w ciągu dnia ponad 3 godziny, a w montessoriańskich przedszkolach dzieci, które chcą spać, śpią w sali, w której pozostałe maluchy są aktywne; wątpię, żeby to się udało z Kluskiem i nie chodzi o hałas, choć to też, po prostu zobaczy, że są ciekawsze rzeczy od drzemki, a brak tej formy odpoczynku w jego przypadku skutkuje ciężkim wieczorem],
- paradoksalnie grzeczne zachowanie i wyciszenie uważam również za minus, już wyjaśniam: dziecko, które przez 10 godzin [tyle Dziabusz spędzałby w przedszkolu, ponieważ oboje z Pluszakiem pracujemy poza miastem i dojazdy zajmują nam po niemal godzinę w jedna stronę] musi być spokojne, bardzo się tym spokojem męczy. Maluchy potrzebują ruchu, czasem trochę wrzasku i radosnych pisków, biegania, skakania, gimnastyki. Uniemożliwianie im tego [nie licząc spacerów] frustruje je i zmusza do szukania ujścia nagromadzonym emocjom w późniejszej porze dnia.
Jak ze wszystkim - jednym odpowiada, inni są przeciwni. W moim przypadku zaważyły drzemki [a raczej ich brak]. Dodatkowym argumentem przeciw, był bywający na naszym placu zabaw chłopiec z przedszkola Montessori, który jest największym łobuzem, rozrabiaką i brutalem nieoszczędzającym nawet najmłodszych dzieci, na całym osiedlu. Ale może to tylko przypadek:).
niedziela, 2 października 2016
czwartek, 5 maja 2016
Usuwanie trzeciego migdała. Pierwsze kroczki.
Miesiąc temu Dziabusz skończył trzy lata. W zeszłym tygodniu pozbył się tzw. trzeciego migdała. Traumatyczne zakładanie wenflonu, wcześniej syrop z "głupim jasiem", siusiu i po kilkunastu minutach wyjazd na blok operacyjny. "Jasiu" działał, więc nie było problemu z rozdzieleniem się. Jakieś 40 minut później zza ciężkich drzwi dobiegł mnie krzyk Misia. Z tym krzykiem pojechaliśmy do sali i z nim spędziliśmy kolejne 40 minut. To nie był płacz, lecz wrzask przerażonego dziecka, jakby miało koszmarny sen. Serce mi pękało, nie dało się go uspokoić, więc tylko leżałam obok niego przytulając, głaskając i uciszając. Usnął ze zmęczenia i jeszcze przez kilkanaście - dwadzieścia minut podbudzał się znów krzycząc. W końcu zasnął spokojny i przespał ponad 2,5 godziny. Po tym czasie wstał jak gdyby nigdy nic. Bawił się ze mną, śmiał, rozmawiał. Żadnych wymiotów spowodowanych narkozą, bóli, nieprzyjemnych odczuć czy jakichkolwiek innych sygnałów, że coś mu przeszkadza, nie odpowiada.
Po tygodniu wrócił do przedszkola. Teraz trzymamy kciuki, żeby zabieg spełnił swoje zadanie.
Dziabusz już wygląda jak średni pięciolatek. Robi się coraz mądrzejszy, ale i cwańszy. Fajnie się już z nim rozmawia, on sam zaczepia ludzi i opowiada im np. że "idziemy do domu tylko na chwilę, bo mama chce zrobić siku, a zaraz znowu wyjdziemy" albo, że "wysiadamy na następnym przystanku, żeby kupić parówki". Jest zdolny opowiedzieć wszystko i wszystkim. Dziś zaskoczył nas tekstem, który wywołał u Pluszaka parskanie powodowane powstrzymywaniem śmiechu, a u mnie łzy z tego samego powodu. Mam wyjść z dzieciorami na dwór, mówię starszemu, żeby zakładał buty, ale oczywiście są ważniejsze rzeczy - trzeba misiem wytrzeć podłogę, to auto jest akurat najfajniejszą zabawką, może poukładamy klocki? - wkurzyłam się i powiedziałam, ze mam go w nosie.
Ja: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Dziabusz: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Ja: uspokój się!!
Dziabusz: uspokój się!!
Ja: nie wkurzaj mnie!! Ja idę z Dzidziusiem na dwór, a ty se siedź!
Dziabusz: mama, nie złość się na mnie [tu myślę, że mnie przeprosi], ubieram buty, przeszkadzasz mi.
Pan Dzidzia, piętnastomiesięczne cudo. Piękny jak z obrazka. Co jakiś czas zastanawiamy się z Pluszakiem, jak z takich przeciętnych ludzi, jak my, zrodziło się takie śliczne dziecię.
Jeszcze nie chodzi samodzielnie, przy meblach i za rączki/rączkę - owszem. Nie martwi mnie to. Dziadek sprawił, że zrobił pełne dwa pierwsze kroki, kilka dni temu. Z mówieniem też kiepsko. Kiedyś powtarzał mama, trochę tata, baba, parę razy nawet dziadzia czy coś w ten deseń, potem przestał. Mówi po swojemu, więc z aparatem mowy raczej kłopotu nie będzie. Próbuje coś. Ma swoje określenia na jedzenie, na "daj", trochę podśpiewuje gaworząc itp. Też jeszcze za bardzo się nie przejmuję, chyba dlatego, że w Dziabusza grupie w przedszkolu jest chłopiec [starszy od niego], który wypowiada tylko te wymienione wyrazy i może parę innych, a poza tym jedynie bełkocze. Nie mówię, że to normalne, ale skoro on nie ma stwierdzonych jakichś zaburzeń rozwojowych, to tym bardziej nasz Bąbelek.
Po tygodniu wrócił do przedszkola. Teraz trzymamy kciuki, żeby zabieg spełnił swoje zadanie.
Dziabusz już wygląda jak średni pięciolatek. Robi się coraz mądrzejszy, ale i cwańszy. Fajnie się już z nim rozmawia, on sam zaczepia ludzi i opowiada im np. że "idziemy do domu tylko na chwilę, bo mama chce zrobić siku, a zaraz znowu wyjdziemy" albo, że "wysiadamy na następnym przystanku, żeby kupić parówki". Jest zdolny opowiedzieć wszystko i wszystkim. Dziś zaskoczył nas tekstem, który wywołał u Pluszaka parskanie powodowane powstrzymywaniem śmiechu, a u mnie łzy z tego samego powodu. Mam wyjść z dzieciorami na dwór, mówię starszemu, żeby zakładał buty, ale oczywiście są ważniejsze rzeczy - trzeba misiem wytrzeć podłogę, to auto jest akurat najfajniejszą zabawką, może poukładamy klocki? - wkurzyłam się i powiedziałam, ze mam go w nosie.
Ja: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Dziabusz: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Ja: uspokój się!!
Dziabusz: uspokój się!!
Ja: nie wkurzaj mnie!! Ja idę z Dzidziusiem na dwór, a ty se siedź!
Dziabusz: mama, nie złość się na mnie [tu myślę, że mnie przeprosi], ubieram buty, przeszkadzasz mi.
Pan Dzidzia, piętnastomiesięczne cudo. Piękny jak z obrazka. Co jakiś czas zastanawiamy się z Pluszakiem, jak z takich przeciętnych ludzi, jak my, zrodziło się takie śliczne dziecię.
Jeszcze nie chodzi samodzielnie, przy meblach i za rączki/rączkę - owszem. Nie martwi mnie to. Dziadek sprawił, że zrobił pełne dwa pierwsze kroki, kilka dni temu. Z mówieniem też kiepsko. Kiedyś powtarzał mama, trochę tata, baba, parę razy nawet dziadzia czy coś w ten deseń, potem przestał. Mówi po swojemu, więc z aparatem mowy raczej kłopotu nie będzie. Próbuje coś. Ma swoje określenia na jedzenie, na "daj", trochę podśpiewuje gaworząc itp. Też jeszcze za bardzo się nie przejmuję, chyba dlatego, że w Dziabusza grupie w przedszkolu jest chłopiec [starszy od niego], który wypowiada tylko te wymienione wyrazy i może parę innych, a poza tym jedynie bełkocze. Nie mówię, że to normalne, ale skoro on nie ma stwierdzonych jakichś zaburzeń rozwojowych, to tym bardziej nasz Bąbelek.
piątek, 16 października 2015
Jak nie urok, to sraczka...
Tym brzydkim, lecz jakże prawdziwym przysłowiem postanowiłam podsumować to, co się u nas wyprawia teraz. Dziabusz ma 2,5 roku i poszedł do przedszkola. Miał 2 dni adaptacyjne w ostatni czwartek i piątek sierpnia, a od poniedziałku [31 sierpnia] zaczął się "rok szkolny". Tydzień pochodził, w piątek dostał kataru i kaszlu i tydzień siedział w domu i się leczył. Potem znów do przedszkola, pochodził półtora tygodnia i w czwartek niania po niego poszła, bo miał gorączkę. Od owego czwartku minęły ponad dwa tygodnie, podczas których, biedaczek, dostawał antybiotyk i znów nie wychodził na dwór. I podczas, gdy szykuję się, żeby w poniedziałek go przygotować do przedszkola okazuje się, że źle słyszy:/. Mam nadzieję, że to nic poważnego. Laryngolog zaleciła kolejny antybiotyk [na obrzęk gardła], który to rzekomo ma spowodować, że mu się odblokują trąbki słuchowe, czy coś w tym stylu. Nie wiem, czy to coś da, bo przecież jeden antybiotyk już wybrał, a mam jakieś takie przekonanie, że antybiotyk to antybiotyk i tyle. Jeśli jednak zastosujemy ten lek, Dziabusz będzie musiał chyba kolejne dwa tygodnie przesiedzieć w domu [tydzień leczenia, tydzień na powrót odporności].
Dopiero wróciłam do pracy po macierzyńskim [28 września], a już siedzę na urlopie, żeby niania nie miała dwójki na głowie [bo się z kolei nie wypłacimy za opiekę] - ponad tydzień była sama, teraz walczymy razem. Nie mam pojęcia, jak będzie od poniedziałku, bo Młody ma szczepienie, więc niania musi mieć kogoś do pomocy. Jestem załamana, zdołowana, zdeprymowana, bezsilna i wszystkie inne synonimy zrezygnowania.
Nasze maleństwo zaś ma 8,5 miesiąca i parę miesięcy po porodzie zdiagnozowano u niego paskudną chorobę genetyczną. Ma za sobą kilkukrotne pobieranie próbek krwi, które następnie były wysyłane na testy DNA do Stanów, a z winy firmy kurierskiej nie skończyło się na jednym podejściu. Miał robiony rezonans magnetyczny główki, który na szczęście wykluczył jakiekolwiek niepokojące zmiany. Następne obrazowanie za rok. I tak będziemy żyć z roku na rok. Póki co [i oby tak zostało], nie ma żadnych oznak choroby poza ciapkami zwanymi plamami kawa z mlekiem, głównie na brzuszku i plecach. Także nikt niewtajemniczony nie wie, że coś mu jest. Innego tak radosnego, uśmiechniętego, niewymagającego i towarzyskiego dziecka nie znam. Jest przecudowny z tymi swoimi dwoma zębami na dole. Przez chorobę jest odrobinę w tyle w rozwoju, jednak nie jest to coś, co miałoby wpływ na jakość i komfort życia - wszystko się powinno wyrównać. Siedzi posadzony [przez kilka minut], pełza po całym mieszkaniu i lubi bawić się autami;).
Dziabuszek, jako starszy brat spisuje się różnie, ale zazwyczaj dobrze lub lepiej niż dobrze. Głaszcze, daje smoczek, zwraca mi uwagę, że "Dzidzia płacze", kiedy nie reaguję odpowiednio szybko:). Czasem tylko zabiera zabawki. Ale już się uczy, że jeśli zabierze jedną - daje drugą w zamian.
Dodatkowo dostaliśmy właśnie klucze do nowego mieszkania i musimy się uporać z wyprowadzką [do końca października], wprowadzką [oby do końca listopada], pobytem u dziadków chłopaków pomiędzy i podejmowaniem mnóstwa różnych decyzji. A przy tym wszystkim Pluszak będzie operowany [w listopadzie] i tylko myśl, że inni mają gorzej;), a sobie radzą, trzyma mnie w ryzach i pozwala nie zwariować...
Dopiero wróciłam do pracy po macierzyńskim [28 września], a już siedzę na urlopie, żeby niania nie miała dwójki na głowie [bo się z kolei nie wypłacimy za opiekę] - ponad tydzień była sama, teraz walczymy razem. Nie mam pojęcia, jak będzie od poniedziałku, bo Młody ma szczepienie, więc niania musi mieć kogoś do pomocy. Jestem załamana, zdołowana, zdeprymowana, bezsilna i wszystkie inne synonimy zrezygnowania.
Nasze maleństwo zaś ma 8,5 miesiąca i parę miesięcy po porodzie zdiagnozowano u niego paskudną chorobę genetyczną. Ma za sobą kilkukrotne pobieranie próbek krwi, które następnie były wysyłane na testy DNA do Stanów, a z winy firmy kurierskiej nie skończyło się na jednym podejściu. Miał robiony rezonans magnetyczny główki, który na szczęście wykluczył jakiekolwiek niepokojące zmiany. Następne obrazowanie za rok. I tak będziemy żyć z roku na rok. Póki co [i oby tak zostało], nie ma żadnych oznak choroby poza ciapkami zwanymi plamami kawa z mlekiem, głównie na brzuszku i plecach. Także nikt niewtajemniczony nie wie, że coś mu jest. Innego tak radosnego, uśmiechniętego, niewymagającego i towarzyskiego dziecka nie znam. Jest przecudowny z tymi swoimi dwoma zębami na dole. Przez chorobę jest odrobinę w tyle w rozwoju, jednak nie jest to coś, co miałoby wpływ na jakość i komfort życia - wszystko się powinno wyrównać. Siedzi posadzony [przez kilka minut], pełza po całym mieszkaniu i lubi bawić się autami;).
Dziabuszek, jako starszy brat spisuje się różnie, ale zazwyczaj dobrze lub lepiej niż dobrze. Głaszcze, daje smoczek, zwraca mi uwagę, że "Dzidzia płacze", kiedy nie reaguję odpowiednio szybko:). Czasem tylko zabiera zabawki. Ale już się uczy, że jeśli zabierze jedną - daje drugą w zamian.
Dodatkowo dostaliśmy właśnie klucze do nowego mieszkania i musimy się uporać z wyprowadzką [do końca października], wprowadzką [oby do końca listopada], pobytem u dziadków chłopaków pomiędzy i podejmowaniem mnóstwa różnych decyzji. A przy tym wszystkim Pluszak będzie operowany [w listopadzie] i tylko myśl, że inni mają gorzej;), a sobie radzą, trzyma mnie w ryzach i pozwala nie zwariować...
środa, 19 sierpnia 2015
Pana Dzidzi pierwszy ząb i co jeszcze u chłopaków
Dziabusz idzie zaraz do przedszkola. Ma już dwie z czterech piątek [zęby]. Mierzy ponad metr, a waży 18 kilo [jest szczupły], a jeszcze nie ma 2,5 roku:p. Mówi coraz więcej i coraz lepiej. Ma własne zdanie, wygłasza własne sądy [sio mucho, to nasz dom; ale tu fajnie; nie lubię mleka, lubię budyń - mając na myśli, że budyń lubi bardziej], a co się z tym wiąże - coraz mocniej nas testuje i często czegoś żąda. Oczywiście musimy być twardzi, staramy się dużo tłumaczyć i prosimy o informację zwrotną, czy rozumie, o co chodzi.
W kontaktach z bratem Dziabusz jest rozczulający, choć nie są one bardzo częste. A to chce przytulać, a to dać lub zabrać zabawkę, a to karmić, wyrzucać pieluchy, głaskać i zagadywać. Pan Dzidzia nie pozostaje dłużny, zawsze obdarzy uśmiechem, pacnie rączką lub zapiszczy z radości. A Młody też już urósł, przez długi czas na siatce centylowej był na 25. z wagą, na 75. ze wzrostem. Teraz mam wrażenie, że znowu schudł, ale obym się myliła. Cykl dnia maluszka się uregulował i wygląda tak:
ok. 8-9 [zależy, o której wstanie, to tak pół godziny później jest śniadanie] - kasza mleczna podawana łyżeczką
ok. 12 - mleko modyfikowane z dodatkiem sporej porcji ugotowanej na wodzie kaszy manny
ok. 15 - obiad ze słoiczka
ok. 18 - mleko [obecnie porcje mleka wynoszą 180 ml wody + 6 miarek proszku]
20.30 - sinlac [preparat zbożowy; 180 ml wody + 40 g proszku]
i w nocy, w okolicach pierwszej - porcja mleka.
Kładziemy go do spania około 21 i pomijając jedno nocne karmienie, śpi zazwyczaj do 8 lub 8.45. Czasami podbudza się koło 6, ale zazwyczaj udaje się go przekonać do spania [niekiedy biorąc go do naszego łóżka].
w ciągu dnia Pan Dzidzia ma kilka drzemek [trzy?], czasami śpi jeszcze rano, po śniadaniu, czasami dopiero po mleku z glutenem, wtedy zazwyczaj długo, do 3 godzin. Później jeszcze jakaś jedna lub dwie krótkie, po pół godziny. Ale ma dopiero 6,5 miesiąca, oby dobre spanie trwało jak najdłużej.
Mieliśmy przez pewien czas kłopot z nakłonieniem Młodego do jedzenia z łyżeczki. Już się martwiłam, że będę mu musiała rozszerzać dietę przy pomocy butelki, podając rozwodnione dania. Na szczęście nie poddałam się i teraz mamy niemal spektakularny sukces [od razu dwa stałe posiłki na dobę, a tempo też nie najgorsze]. Cieszę się, że z dopajaniem wodą również nam się udało, chociaż niektórzy namawiali mnie, żebym przeszła na soki ["przecież to zdrowe"], a inni, o zgrozo, bym dosładzała glukozą! Jednak Dzidzia w końcu się przekonał, do picia wody i idzie w ślady starszego brata [Dziabusz nadal nie pija słodkich napojów. tylko woda, ewentualnie gorzka herbata - lubi; od święta dostanie trochę soku - może raz na 2-3 miesiące - a ostatnio spróbował u babci kompotu, szkoda, że posłodziła].
U maluszka wyszedł już pierwszy ząbek, 11 lub 12 sierpnia się pokazał. Dziabusz miał jakoś 8 miesięcy, kiedy wyrżnęła mu się pierwsza jedynka. Ale starszy już siedział od kilku tygodni, a Młody, póki co, nie umie. Oczywiście na wszystko przyjdzie czas, ale porównań nie da się uniknąć.
Jutro ukochani dziadkowie zabierają swojego pierworodnego wnuka nad jeziorko i przywiozą go dopiero w sobotę. Już robili tak parę razy. Jesteśmy im ogromnie wdzięczni, bo chociaż jasne jest, że kochamy i uwielbiany nasze dzieci, to odpoczynek od nich pozwala się stęsknić i jeszcze bardziej cieszyć widząc je po rozstaniu, czyż nie ;)? A biorąc pod uwagę, że Pluszak ma urlop, a ja jeszcze na macierzyńskim i że musimy podjąć wiele decyzji i ruszyć z zakupami materiałów do wykańczania nowego mieszkania, to taki obrót sytuacji bardzo nam odpowiada. Młody nam potowarzyszy.
Mam nadzieję, że z Panem Dzidzią nie będzie tak, jak z Dziabuszem - że co go pochwaliłam i opisałam na blogu jak to ładnie śpi/je/zachowuje się itp, a zaraz karta się odwracała i musiało się coś zepsuć, choć najczęściej krótkotrwale. Oby z Młodym nie było tej zależności.
W kontaktach z bratem Dziabusz jest rozczulający, choć nie są one bardzo częste. A to chce przytulać, a to dać lub zabrać zabawkę, a to karmić, wyrzucać pieluchy, głaskać i zagadywać. Pan Dzidzia nie pozostaje dłużny, zawsze obdarzy uśmiechem, pacnie rączką lub zapiszczy z radości. A Młody też już urósł, przez długi czas na siatce centylowej był na 25. z wagą, na 75. ze wzrostem. Teraz mam wrażenie, że znowu schudł, ale obym się myliła. Cykl dnia maluszka się uregulował i wygląda tak:
ok. 8-9 [zależy, o której wstanie, to tak pół godziny później jest śniadanie] - kasza mleczna podawana łyżeczką
ok. 12 - mleko modyfikowane z dodatkiem sporej porcji ugotowanej na wodzie kaszy manny
ok. 15 - obiad ze słoiczka
ok. 18 - mleko [obecnie porcje mleka wynoszą 180 ml wody + 6 miarek proszku]
20.30 - sinlac [preparat zbożowy; 180 ml wody + 40 g proszku]
i w nocy, w okolicach pierwszej - porcja mleka.
Kładziemy go do spania około 21 i pomijając jedno nocne karmienie, śpi zazwyczaj do 8 lub 8.45. Czasami podbudza się koło 6, ale zazwyczaj udaje się go przekonać do spania [niekiedy biorąc go do naszego łóżka].
w ciągu dnia Pan Dzidzia ma kilka drzemek [trzy?], czasami śpi jeszcze rano, po śniadaniu, czasami dopiero po mleku z glutenem, wtedy zazwyczaj długo, do 3 godzin. Później jeszcze jakaś jedna lub dwie krótkie, po pół godziny. Ale ma dopiero 6,5 miesiąca, oby dobre spanie trwało jak najdłużej.
Mieliśmy przez pewien czas kłopot z nakłonieniem Młodego do jedzenia z łyżeczki. Już się martwiłam, że będę mu musiała rozszerzać dietę przy pomocy butelki, podając rozwodnione dania. Na szczęście nie poddałam się i teraz mamy niemal spektakularny sukces [od razu dwa stałe posiłki na dobę, a tempo też nie najgorsze]. Cieszę się, że z dopajaniem wodą również nam się udało, chociaż niektórzy namawiali mnie, żebym przeszła na soki ["przecież to zdrowe"], a inni, o zgrozo, bym dosładzała glukozą! Jednak Dzidzia w końcu się przekonał, do picia wody i idzie w ślady starszego brata [Dziabusz nadal nie pija słodkich napojów. tylko woda, ewentualnie gorzka herbata - lubi; od święta dostanie trochę soku - może raz na 2-3 miesiące - a ostatnio spróbował u babci kompotu, szkoda, że posłodziła].
U maluszka wyszedł już pierwszy ząbek, 11 lub 12 sierpnia się pokazał. Dziabusz miał jakoś 8 miesięcy, kiedy wyrżnęła mu się pierwsza jedynka. Ale starszy już siedział od kilku tygodni, a Młody, póki co, nie umie. Oczywiście na wszystko przyjdzie czas, ale porównań nie da się uniknąć.
Jutro ukochani dziadkowie zabierają swojego pierworodnego wnuka nad jeziorko i przywiozą go dopiero w sobotę. Już robili tak parę razy. Jesteśmy im ogromnie wdzięczni, bo chociaż jasne jest, że kochamy i uwielbiany nasze dzieci, to odpoczynek od nich pozwala się stęsknić i jeszcze bardziej cieszyć widząc je po rozstaniu, czyż nie ;)? A biorąc pod uwagę, że Pluszak ma urlop, a ja jeszcze na macierzyńskim i że musimy podjąć wiele decyzji i ruszyć z zakupami materiałów do wykańczania nowego mieszkania, to taki obrót sytuacji bardzo nam odpowiada. Młody nam potowarzyszy.
Mam nadzieję, że z Panem Dzidzią nie będzie tak, jak z Dziabuszem - że co go pochwaliłam i opisałam na blogu jak to ładnie śpi/je/zachowuje się itp, a zaraz karta się odwracała i musiało się coś zepsuć, choć najczęściej krótkotrwale. Oby z Młodym nie było tej zależności.
środa, 17 czerwca 2015
Zmiany, zmiany
Miałam projektować mieszkanie, ale wybrałam jednak zapisanie kilku nowych wydarzeń związanych z naszymi dziećmi. Ach, ten brak czasu na wszystko;).
Chłopaki mają teraz 2 lata i 3 miesiące starszy, młodszy - 4,5 miesiąca.
Dziabusz wczoraj pierwszy raz spał bez smoczka! W ciągu dnia wcale go nie używa, ale do zasypiania był mu niezbędny. Przynajmniej tak myślałam, ale wczoraj postanowiłam spróbować się go pozbyć. Kiedy ja byłam mała, rodzice "dali smoczek świnkom" [mieszkałam na wsi]. W przypadku Kluska wybrałam stworzonka, które go bardzo fascynują, mianowicie mrówki. Zapytałam, czy wyrzucimy smoczek, żeby mrówki mogły się pobawić i zrobiliśmy cała akcję z wychodzeniem na dwór i śmietnikiem. Po kryjomu wyjęłam "uspokajacz" i w domu dobrze go wyparzyłam, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak się nie udało. Mam gdzieś też drugi, ale wolę się zabezpieczyć. Wieczorem, przy kładzeniu spać, Dziabusz upomniał się o swoje. Wytłumaczyłam mu, że przecież podarował smoczek mówkom, wyrzucił do śmieci i nie ma. Trochę postękał i dał się przekupić ciastkiem - położył się po zjedzeniu już bez problemu. Zobaczymy, jak będzie dziś na drzemce. Ale byłam dumna:).
A jeszcze bardziej dumna byłam na placu zabaw, gdzie Klusek udał się bez pieluchy, w majtkach i spodenkach. Co chwilę pytałam, czy chce siku i wciąż słyszałam "nie". W końcu sam przybiegł: "Mama, siku!". Pędzę z nim na trawkę, w ustronne miejsce, rozbieram, a tu: "Mama, kupa". Trochę mi mina zrzedła, ale stwierdziłam, że mam czym posprzątać, trudno. Na szczęście był to fałszywy alarm, ale siku zrobił. Dwa razy:). Super! Dziś niania wzięła Dziabuszka na dwór również bez pieluchy, z zapasowym zestawem ubrań w torbie. Pierwsze sukcesy wyjściowe są, oby tak dalej.
A poniżej jeszcze nowy nabytek Misia - motorek wystarczająco masywny na jego wagę i wzrost. Kupiliśmy go jako coś przejściowego między autami-odpychaczami a rowerkiem biegowym, bo z tym ostatnim jeszcze sobie nie radził i zaczynał się zniechęcać. Motorem ma tylko dwa koła, ale na tyle szerokie, że sam stoi i jest całkiem stabilny. Klusek już śmiga na nim jak rajdowiec, więc jeszcze trochę i będzie gotowy na biegówkę, tak myślę.
Młody natomiast uśmiechnięty prawie zawsze i do wszystkich. Jest cudowny i taki spokojny. Mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam mu wystarczającej ilości czasu. Z drugiej strony, nie chcę, żeby starszy brat był zazdrosny i wciąż jestem rozdarta. A skutki nikłego zainteresowania Krecikiem są widoczne - nie rozwija się odpowiednio szybko do wieku. Główkę trzyma już od jakiegoś czasu, ale jeszcze mu ucieka na boki, nie dźwiga jej na tylko mocno, żeby się nie chwiała. Rączek nie wyciąga po zabawki, co rzekomo już dawno dzieci potrafią. I jeszcze kilka drobniejszych zastrzeżeń obserwujemy. Nie przejmuję się tym jakoś bardzo mocno, ale na tyle jednak, że częściej go noszę w pozycji wymuszającej wyprostowanie głowy i ćwiczenie szyi, a Pluszak stara się zainteresować Pana Dzidzię grzechoczącym pluszowym zającem, na widok i dźwięk którego Młody świruje:). Wznieca się ogromnie, ale rączek wyciągać po niego nie chce. Dopiero, kiedy mu się go w łapki wepchnie, to trzyma i szarpie. No cóż, przyjdzie na niego pora, to będzie sięgał nie tylko po zabawki...
Niestety pierwszy antybiotyk jest już na koncie Krecika:/. Zapalenie gardła i podejrzenie zapalenia ucha środkowego. Ale Dziabusz młodszy był, jak faszerowaliśmy go pierwszy raz takimi farmaceutykami - zapalenie dróg moczowych. Na szczęście chyba jest już dobrze, oczywiście lek będę mu podawać do końca wyznaczonego okresu.
Z karmieniem dalej kiepsko. Coraz rzadziej je z piersi. Obecnie ze 3-4 razy na dobę. Nie wiem, czy dociągnę do pełnych sześciu miesięcy. Wydaje mi się, że nie, ale zobaczymy. Cieszę się, że pierwszy trzy, a nawet prawie cztery, pił tylko moje mleko. Trochę tych przeciwciał wchłonął, jakby nie było.
Klusek często zagaduje do brata. Jego "cześ, Dzidzia", to już mantra. Maluszek odpowiada mu szerokim uśmiechem, na co Dziabusz zawsze zwraca się do mnie: "Mama, Dzidzia cieszy". Obaj są tak uroczy i słodcy, że nieraz muszę powstrzymywać łzy wzruszenia. A nasz starszak mówi coraz więcej i częściej. Teksty typu:
- Mama, spałem trochę [kiedy chce poleżeć w łóżeczku]
- Może tak, może nie
- Jedna nie, dwie [galaretki]
- Mama, daj [coś]
- Nie mam
- Kupić!
- A masz pieniądze?
- Tak
- To daj
- Posze, mama [i wyciąga niewidzialną gotówkę]
nie są już rzadkością. Pyskata mała bestia z niego.
Chłopaki mają teraz 2 lata i 3 miesiące starszy, młodszy - 4,5 miesiąca.
Dziabusz wczoraj pierwszy raz spał bez smoczka! W ciągu dnia wcale go nie używa, ale do zasypiania był mu niezbędny. Przynajmniej tak myślałam, ale wczoraj postanowiłam spróbować się go pozbyć. Kiedy ja byłam mała, rodzice "dali smoczek świnkom" [mieszkałam na wsi]. W przypadku Kluska wybrałam stworzonka, które go bardzo fascynują, mianowicie mrówki. Zapytałam, czy wyrzucimy smoczek, żeby mrówki mogły się pobawić i zrobiliśmy cała akcję z wychodzeniem na dwór i śmietnikiem. Po kryjomu wyjęłam "uspokajacz" i w domu dobrze go wyparzyłam, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak się nie udało. Mam gdzieś też drugi, ale wolę się zabezpieczyć. Wieczorem, przy kładzeniu spać, Dziabusz upomniał się o swoje. Wytłumaczyłam mu, że przecież podarował smoczek mówkom, wyrzucił do śmieci i nie ma. Trochę postękał i dał się przekupić ciastkiem - położył się po zjedzeniu już bez problemu. Zobaczymy, jak będzie dziś na drzemce. Ale byłam dumna:).
A jeszcze bardziej dumna byłam na placu zabaw, gdzie Klusek udał się bez pieluchy, w majtkach i spodenkach. Co chwilę pytałam, czy chce siku i wciąż słyszałam "nie". W końcu sam przybiegł: "Mama, siku!". Pędzę z nim na trawkę, w ustronne miejsce, rozbieram, a tu: "Mama, kupa". Trochę mi mina zrzedła, ale stwierdziłam, że mam czym posprzątać, trudno. Na szczęście był to fałszywy alarm, ale siku zrobił. Dwa razy:). Super! Dziś niania wzięła Dziabuszka na dwór również bez pieluchy, z zapasowym zestawem ubrań w torbie. Pierwsze sukcesy wyjściowe są, oby tak dalej.
A poniżej jeszcze nowy nabytek Misia - motorek wystarczająco masywny na jego wagę i wzrost. Kupiliśmy go jako coś przejściowego między autami-odpychaczami a rowerkiem biegowym, bo z tym ostatnim jeszcze sobie nie radził i zaczynał się zniechęcać. Motorem ma tylko dwa koła, ale na tyle szerokie, że sam stoi i jest całkiem stabilny. Klusek już śmiga na nim jak rajdowiec, więc jeszcze trochę i będzie gotowy na biegówkę, tak myślę.
Zdjęcie pochodzi ze strony link.baby.pl
Młody natomiast uśmiechnięty prawie zawsze i do wszystkich. Jest cudowny i taki spokojny. Mam wyrzuty sumienia, że nie poświęcam mu wystarczającej ilości czasu. Z drugiej strony, nie chcę, żeby starszy brat był zazdrosny i wciąż jestem rozdarta. A skutki nikłego zainteresowania Krecikiem są widoczne - nie rozwija się odpowiednio szybko do wieku. Główkę trzyma już od jakiegoś czasu, ale jeszcze mu ucieka na boki, nie dźwiga jej na tylko mocno, żeby się nie chwiała. Rączek nie wyciąga po zabawki, co rzekomo już dawno dzieci potrafią. I jeszcze kilka drobniejszych zastrzeżeń obserwujemy. Nie przejmuję się tym jakoś bardzo mocno, ale na tyle jednak, że częściej go noszę w pozycji wymuszającej wyprostowanie głowy i ćwiczenie szyi, a Pluszak stara się zainteresować Pana Dzidzię grzechoczącym pluszowym zającem, na widok i dźwięk którego Młody świruje:). Wznieca się ogromnie, ale rączek wyciągać po niego nie chce. Dopiero, kiedy mu się go w łapki wepchnie, to trzyma i szarpie. No cóż, przyjdzie na niego pora, to będzie sięgał nie tylko po zabawki...
Niestety pierwszy antybiotyk jest już na koncie Krecika:/. Zapalenie gardła i podejrzenie zapalenia ucha środkowego. Ale Dziabusz młodszy był, jak faszerowaliśmy go pierwszy raz takimi farmaceutykami - zapalenie dróg moczowych. Na szczęście chyba jest już dobrze, oczywiście lek będę mu podawać do końca wyznaczonego okresu.
Z karmieniem dalej kiepsko. Coraz rzadziej je z piersi. Obecnie ze 3-4 razy na dobę. Nie wiem, czy dociągnę do pełnych sześciu miesięcy. Wydaje mi się, że nie, ale zobaczymy. Cieszę się, że pierwszy trzy, a nawet prawie cztery, pił tylko moje mleko. Trochę tych przeciwciał wchłonął, jakby nie było.
Klusek często zagaduje do brata. Jego "cześ, Dzidzia", to już mantra. Maluszek odpowiada mu szerokim uśmiechem, na co Dziabusz zawsze zwraca się do mnie: "Mama, Dzidzia cieszy". Obaj są tak uroczy i słodcy, że nieraz muszę powstrzymywać łzy wzruszenia. A nasz starszak mówi coraz więcej i częściej. Teksty typu:
- Mama, spałem trochę [kiedy chce poleżeć w łóżeczku]
- Może tak, może nie
- Jedna nie, dwie [galaretki]
- Mama, daj [coś]
- Nie mam
- Kupić!
- A masz pieniądze?
- Tak
- To daj
- Posze, mama [i wyciąga niewidzialną gotówkę]
nie są już rzadkością. Pyskata mała bestia z niego.
wtorek, 9 czerwca 2015
Leń czy niejadek - dokarmianie Pana Dzidzi
Młody słabo rośnie. A właściwie dotyczy to jego wagi. Neonatolog zarządziła dokarmianie. W wieku 3 miesięcy i 3 tygodni Krecik ważył niespełna 6 kg, czyli przybrał minimalnie powyżej 2 kilo [waga urodzeniowa 3915]. Mleko mamy nie wystarcza i w ruch poszły butelki, miarki, wyparzanie i mikrofalówka. Nadal karmię piersią, ale nie jest to już jedyne pożywienie. Na siatce centylowej wagowo Pan Dzidzia znalazł się pomiędzy 3 a 10 centylem, co nas przeraziło z Pluszakiem, więc temat dokarmiania rozpoczęliśmy pełną parą. Oprócz mm, czyli mleka modyfikowanego, Młody dostaje również, raz dziennie, preparat o nazwie SINLAC. Nie zamierzam wypowiadać się o zasadności stosowania tego specyfiku, jego zaletach, czy wadach. Poleciła mi go siostra, która stosowała SINLAC mając podobny problem z synkiem, jak my teraz. Po nim maluch zaczął szybko nabierać masy, a o to chodziło [obecnie ma dwa lata i nie wystąpiły ewentualne skutki uboczne spożywania SINLACu;)]. Skład przejrzałam, nie widzę wielkich przeciwwskazań; występujący cukier stanowi dużo mniejszą objętość procentową niż w przypadku mlek modyfikowanych. Mam nadzieję, że spełni swoje zadanie i będzie jednocześnie zdrowy dla brzuszka. Według przepisu na opakowaniu powinien być podawany w wersji kaszki - na gęsto-sztywno. Ja robię do butelki, jako rzadki kleik. Krecikowi smakuje i dość chętnie ciągnie. A propos, według mnie on jest po prostu leniwy - jak z cycka tryska mleko, to podstawi dzióbek i trochę possie, bo łatwo leci; jeśli jest duża dziura w butelce, to podje, ponieważ nie musi się wysilać. Tak tak, musiałam powiększyć [odrobinę] dziurki w smoczkach, gdyż nie chciał pić. Z drugiej strony wskazana dla jego wieku ilość 200-230 ml może dwa razy została zjedzona w całości, zwykle jednak jest to 80-100 ml.
Dziś zważyłam i zmierzyłam naszego Skrzata. Od pomiarów u neonatologa minęło 19 dni. Waga orientacyjna [pomiar na "dorosłej wadze": ja i Dzidzia minus sama ja; cztery podejścia]: 6,8 kilograma, długość: ok. 67 cm. Na siatkach centylowych waga skoczyła z 3-10 centyla do 25-go! Jestem bardzo szczęśliwa i dość mocno uspokojona. W piątek ponowna wizyta u neonatologa, wtedy sprawdzimy, co o tym myśli. Podpytam może o ten SINLAC.
Wzrostowo wychodzi na 75 centylu, więc na małego się nie zanosi [oby].
Niestety, konieczność dokarmiania mm rozregulowała cykl posiłków. Próbuję wybudzać czasem Krecika, kiedy minęły np. 3 godziny od poprzedniego posiłku i zmuszać do jedzenia. On się buntuje, pluje, płacze - nie je. Ale coś tam mu zawsze wpadnie do brzuszka, przez co znów nie chce mleka przez np. 2 godziny. Razem robi się z tego już naprawdę długa przerwa [5 godzin], a ja zaczynam panikować. Ostatnio przeczytałam na jednym z mlek modyfikowanych, że dzieci w piątym miesiącu i starsze powinny otrzymywać posiłek cztery razy na dobę. Zszokowało mnie to. Porcja mleka co 6 godzin? Z Dziabuszem, nie stosowałam mm, więc nie jestem ekspertem, ale pamiętałam ze szkoły rodzenia czy innych spotkań z położną takie wskazanie - dziecko karmione piersią powinno pić co 2-3 godziny, dziecko na butli - co 4. A tu nagle takie zaskoczenie. Przyznam, że polecane częstotliwości mogły dotyczyć np. dzieci do 3 miesiąca albo jeszcze jakiejś innej grupy [nie pamiętam], ale przy Klusku jedzenie co 3 godziny praktykowaliśmy nawet po przejściu na stałe posiłki, a i teraz jeszcze jakieś pozostałości tego schematu występują. Zatem to też pytanie do specjalisty - jeśli stosujemy karmienie mieszane, jak ocenić, kiedy maluch powinien dostać porcję [być przymuszany do jej pochłonięcia]? Podobno zmuszanie do jedzenia to znęcanie się, ale może to lepsze niż ewentualne podawanie dożylne albo rurką do żołądka. Póki co staram się zachować spokój i poić Młodego tylko wtedy, kiedy wydaje się chętny.
Dziś zważyłam i zmierzyłam naszego Skrzata. Od pomiarów u neonatologa minęło 19 dni. Waga orientacyjna [pomiar na "dorosłej wadze": ja i Dzidzia minus sama ja; cztery podejścia]: 6,8 kilograma, długość: ok. 67 cm. Na siatkach centylowych waga skoczyła z 3-10 centyla do 25-go! Jestem bardzo szczęśliwa i dość mocno uspokojona. W piątek ponowna wizyta u neonatologa, wtedy sprawdzimy, co o tym myśli. Podpytam może o ten SINLAC.
Wzrostowo wychodzi na 75 centylu, więc na małego się nie zanosi [oby].
Niestety, konieczność dokarmiania mm rozregulowała cykl posiłków. Próbuję wybudzać czasem Krecika, kiedy minęły np. 3 godziny od poprzedniego posiłku i zmuszać do jedzenia. On się buntuje, pluje, płacze - nie je. Ale coś tam mu zawsze wpadnie do brzuszka, przez co znów nie chce mleka przez np. 2 godziny. Razem robi się z tego już naprawdę długa przerwa [5 godzin], a ja zaczynam panikować. Ostatnio przeczytałam na jednym z mlek modyfikowanych, że dzieci w piątym miesiącu i starsze powinny otrzymywać posiłek cztery razy na dobę. Zszokowało mnie to. Porcja mleka co 6 godzin? Z Dziabuszem, nie stosowałam mm, więc nie jestem ekspertem, ale pamiętałam ze szkoły rodzenia czy innych spotkań z położną takie wskazanie - dziecko karmione piersią powinno pić co 2-3 godziny, dziecko na butli - co 4. A tu nagle takie zaskoczenie. Przyznam, że polecane częstotliwości mogły dotyczyć np. dzieci do 3 miesiąca albo jeszcze jakiejś innej grupy [nie pamiętam], ale przy Klusku jedzenie co 3 godziny praktykowaliśmy nawet po przejściu na stałe posiłki, a i teraz jeszcze jakieś pozostałości tego schematu występują. Zatem to też pytanie do specjalisty - jeśli stosujemy karmienie mieszane, jak ocenić, kiedy maluch powinien dostać porcję [być przymuszany do jej pochłonięcia]? Podobno zmuszanie do jedzenia to znęcanie się, ale może to lepsze niż ewentualne podawanie dożylne albo rurką do żołądka. Póki co staram się zachować spokój i poić Młodego tylko wtedy, kiedy wydaje się chętny.
środa, 3 czerwca 2015
Anioł i diabeł, czyli charakterki naszych dzieci
"Bunt dwulatka" przybrał u nas ostrą formę. Ciągłe "ja siam", "daj" albo "mama" - jako osoba, która ma robić wszystko [ubrać - mama, a nie niania, przewinąć - mama, a nie tata, wyrzucić papier - mama, a nie Dziabusz]. Pal licho, jeśli chodzi o jakąś pierdołę, jednak często "siam" dotyczy np obrania jabłka, przełączenia bajki na komputerze albo zmiany pieluchy. "Mama" występuje stale, ale najbardziej jest odczuwalne, kiedy się spieszymy. A "daj" stosowanie jest głównie jako próba wymuszenia czegoś.
Wczoraj były prace twórcze z ciastoliną. Wycinanie motylków, wyciskanie gwiazdek i odciskanie aut. Po jakimś czasie oznajmiłam, że idziemy na dwór, więc wystarczy tej zabawy. Dziabusz się zgodził. Kiedy w kilka sekund sprzątnęłam cały bałagan zaczęły się wrzaski, "daj" i rzucanie przedmiotami. Na szczęście szybko nastał spokój i zaczęliśmy szykować się do wyjścia.
W swoim pokoju mały łobuz zrzucił 4 ciuszki z biurka. Mówię: posprzątaj. Słyszę: mama. Na "przekomarzaniu się" spędziliśmy 10 minut, podczas których stosował techniki prośby, groźby i wymuszania. Po tym czasie nastąpiło nasilenie i zaczęła się łagodna histeria. Dziabusz wylądował w łóżeczku - tak robimy, żeby się uspokoił. W naszym przypadku się to sprawdza - wsadzamy syna do łóżeczka, nieraz sam tam idzie, jak tylko zaproponujemy takie rozwiązanie, kiedy zbyt się "ekscytuje". Zostawiamy otwarte drzwi, pozostajemy na widoku, choć w innym pokoju i czekamy, aż nas zawoła. Zazwyczaj uspokaja się w kilka sekund, tak też było tym razem. Ale w łóżku spędził jakieś 15-20 minut. Leżał sobie, przytulał misia, kręcił się trochę. Wyciszał się. Zawołał mnie gotowy do uprzątnięcia zrzuconych ciuchów.
Oczywiście są też cudowne momenty. Ostatnio spieszyłam się gdzieś, a że nie mamy chwilowo niani, musiał ogarnąć siebie i dwójkę maluchów w 15 minut. Starszy nie chciał współpracować przy ubieraniu. Nie uciekał, nie utrudniał niby, ale jakoś tak luźno stał, że nie można było mu bluzy założyć na ręce. Coś mu tam powiedziałam, żeby trochę pomógł, bo nie mamy czasu, a on do mnie: "mamo, mamo, coś ci dam, jedno serce". Myślałam, że się popłaczę ze wzruszenia:). Wierszyka nauczyła go ostatnio babcia, ale było to na zasadzie - ktoś mówi wers, on powtarza, ktoś mówi drugi wers, on powtarza itd.
Pan Dzidzia natomiast, to najbardziej towarzyskie niemowlę, jakie kiedykolwiek widziałam. Kto go nie zaczepi jest obdarowywany wielkim uśmiechem. Jeśli ktoś zada sobie trochę trudu, żeby "porozmawiać", Krecik może się rozchichrać. Jest cudowny i mało wymagający. Póki co:). Dziabusz był podobnie niezbyt absorbujący chociaż nie aż tak radosny.
Bąbel trochę skoczył z rozwojem, ale słabo rośnie. Trzyma trochę główkę, coś tam próbuje się podnosić do siedzenia, wszystko pcha do buzi i zastanawiamy się, czy mu przypadkiem zęby nie idą, ponieważ smoczek jest oblizywany i podgryzany z każdej strony, a Młody kiepsko je. Oprócz tego, że słabo przybrał na wadze - ma 4 miesiące, a od urodzenia przytył niewiele ponad 2 kilo - to boję się, żeby jeszcze nie stracił. Z piersi trochę ciągnie, ale szybko zasypia albo wypycha sutek językiem; z butelki zjada około 80-100 ml, podczas gdy dla jego wieku porcja wynosi 200-230 ml. Muszę przeszukać bloga i sprawdzić, czy zapisałam, kiedy Dziabusz po raz pierwszy spróbował kleiku. Pamiętam, że marchewkę ze słoiczka dostał po 5 miesiącu, ale nie wiem, czy było to przed, czy po kleiku. Martwimy się z Pluszakiem, tak to już jest być rodzicem - zawsze się znajdzie powód do niepokoju:).
Wczoraj były prace twórcze z ciastoliną. Wycinanie motylków, wyciskanie gwiazdek i odciskanie aut. Po jakimś czasie oznajmiłam, że idziemy na dwór, więc wystarczy tej zabawy. Dziabusz się zgodził. Kiedy w kilka sekund sprzątnęłam cały bałagan zaczęły się wrzaski, "daj" i rzucanie przedmiotami. Na szczęście szybko nastał spokój i zaczęliśmy szykować się do wyjścia.
W swoim pokoju mały łobuz zrzucił 4 ciuszki z biurka. Mówię: posprzątaj. Słyszę: mama. Na "przekomarzaniu się" spędziliśmy 10 minut, podczas których stosował techniki prośby, groźby i wymuszania. Po tym czasie nastąpiło nasilenie i zaczęła się łagodna histeria. Dziabusz wylądował w łóżeczku - tak robimy, żeby się uspokoił. W naszym przypadku się to sprawdza - wsadzamy syna do łóżeczka, nieraz sam tam idzie, jak tylko zaproponujemy takie rozwiązanie, kiedy zbyt się "ekscytuje". Zostawiamy otwarte drzwi, pozostajemy na widoku, choć w innym pokoju i czekamy, aż nas zawoła. Zazwyczaj uspokaja się w kilka sekund, tak też było tym razem. Ale w łóżku spędził jakieś 15-20 minut. Leżał sobie, przytulał misia, kręcił się trochę. Wyciszał się. Zawołał mnie gotowy do uprzątnięcia zrzuconych ciuchów.
Oczywiście są też cudowne momenty. Ostatnio spieszyłam się gdzieś, a że nie mamy chwilowo niani, musiał ogarnąć siebie i dwójkę maluchów w 15 minut. Starszy nie chciał współpracować przy ubieraniu. Nie uciekał, nie utrudniał niby, ale jakoś tak luźno stał, że nie można było mu bluzy założyć na ręce. Coś mu tam powiedziałam, żeby trochę pomógł, bo nie mamy czasu, a on do mnie: "mamo, mamo, coś ci dam, jedno serce". Myślałam, że się popłaczę ze wzruszenia:). Wierszyka nauczyła go ostatnio babcia, ale było to na zasadzie - ktoś mówi wers, on powtarza, ktoś mówi drugi wers, on powtarza itd.
Pan Dzidzia natomiast, to najbardziej towarzyskie niemowlę, jakie kiedykolwiek widziałam. Kto go nie zaczepi jest obdarowywany wielkim uśmiechem. Jeśli ktoś zada sobie trochę trudu, żeby "porozmawiać", Krecik może się rozchichrać. Jest cudowny i mało wymagający. Póki co:). Dziabusz był podobnie niezbyt absorbujący chociaż nie aż tak radosny.
Bąbel trochę skoczył z rozwojem, ale słabo rośnie. Trzyma trochę główkę, coś tam próbuje się podnosić do siedzenia, wszystko pcha do buzi i zastanawiamy się, czy mu przypadkiem zęby nie idą, ponieważ smoczek jest oblizywany i podgryzany z każdej strony, a Młody kiepsko je. Oprócz tego, że słabo przybrał na wadze - ma 4 miesiące, a od urodzenia przytył niewiele ponad 2 kilo - to boję się, żeby jeszcze nie stracił. Z piersi trochę ciągnie, ale szybko zasypia albo wypycha sutek językiem; z butelki zjada około 80-100 ml, podczas gdy dla jego wieku porcja wynosi 200-230 ml. Muszę przeszukać bloga i sprawdzić, czy zapisałam, kiedy Dziabusz po raz pierwszy spróbował kleiku. Pamiętam, że marchewkę ze słoiczka dostał po 5 miesiącu, ale nie wiem, czy było to przed, czy po kleiku. Martwimy się z Pluszakiem, tak to już jest być rodzicem - zawsze się znajdzie powód do niepokoju:).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
