Krótki post na szybko. Kiedyś już wspominałam (kiedy prowadziłam ten blog bardziej regularnie), że jak tylko pochwaliłam jakieś kwestie związane z Dziabuszem, zaraz się to psuło, np: pisałam, że budzi się tylko raz w nocy, to wtedy zaczynał budzić się 3 czy 4 razy.
Ostatnio pisałam o odpieluchowywaniu i naszych sukcesach - że nie muszę go pilnować w nocy, bo sam sobie wędruje do toalety. I co? A no to, że chyba wręcz dzień później zaczął mi się mój kochany synek moczyć przez sen.
Zatem piszę po to, żeby odczarować urok. Ot, taki mój przesąd.
Dobranoc, suchej nocki sobie życzę.
wtorek, 22 listopada 2016
poniedziałek, 7 listopada 2016
Odpieluchowywanie od podstaw do sukcesu
Pierwsze próby wyglądały tak, że mały brzdąc chodził po domu
z gołą pupą. Jak zrobił siku na podłogę, to strasznie płakał, bo mu się
skarpetki moczyły:D. Sadzaliśmy na nocniku, ale rzadko się coś udawało. W
zasadzie Dziabusz nie lubił nocnika. Okazało się, że nie lubił TAMTEGO nocnika
i jak kupiliśmy inny, szło lepiej. Dlatego u nas pierwszym krokiem do sukcesu
był:
Mimo sporadycznych udanych, ale przypadkowych „posiedzeń”
nadal nie wychodziło reagowanie na potrzebę – gdzie stał, tam sikał. Ktoś nam
zasugerował, żeby zakładać mu majtki…
Potem pilnowaliśmy, żeby przed drzemką się wysikał, wtedy
często udało mu się przespać 2-3 godziny „na sucho”. Dopiero kiedy drzemki
mieliśmy do końca opanowane, przeszliśmy level wyżej:
Za pierwszym razem odpowiedział „dobrze”. Próbę powtórzyłam kilka tygodni później i wtedy już było:
- To dzisiaj chcę.
Byłam na pewno bardziej podekscytowana niż on. Wysikał się wieczorem, poszedł spać, a ja planowałam. Najpierw poszłam do niego koło 23:00. Wzięłam go na ręce i niosę 20 kilo i 110 cm [wtedy trochę mniej] bezwładu na muszlę klozetową. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego. Wizyty były chyba 3 tej nocy i zdaje się, że tylko jedno sikanie.
Następnej nocy byłam mądrzejsza i przygotowałam sobie:
5. Zastępstwo nocnika. Duży plastikowy kubek z
podziałką – taki używany w kuchni do odmierzania np. mąki. Postawiłam na
parapecie i gdy przyszła pora sikania postawiłam syna na nogi, opuściłam mu
spodnie i kazałam sikać do kubeczka. Pielgrzymki do toalety się skończyły, a i
Dziabusz miał radochę sprawdzając, ile podziałek zapełnił [nazywał to piętrami
i windą].
Po kilku nocach zorientowałam się, że wystarczy Bąka
pomęczyć raz w nocy i zazwyczaj to wystarcza. Wiedziałam też, że przed 1 w nocy
nie ma co próbować, bo jeszcze nie czuje potrzeby. Nauczyłam się tego po kilku daremnych
wizytach zakończonych deklaracją smyka, że mu się nie chce siku.
6. Ostatni krok – mama nie musi wysadzać dziecka w nocy. U nas to nastąpiło samoczynnie. Pierwsza nocna wędrówka Dziabusza do wc tak mnie przeraziła, że nie mogłam później zasnąć. Jak to, wstał sam, wyszedł z pokoju, wszedł do toalety bez zapalania światła, po ciemku się wysikał, wrócił do łóżka i spał dalej? Były też przypadki, że korzystał jednak z kubeczka zostawianego na parapecie – przynosił mi go z zawartością chwaląc się, na które piętro się „wspiął”.
6. Ostatni krok – mama nie musi wysadzać dziecka w nocy. U nas to nastąpiło samoczynnie. Pierwsza nocna wędrówka Dziabusza do wc tak mnie przeraziła, że nie mogłam później zasnąć. Jak to, wstał sam, wyszedł z pokoju, wszedł do toalety bez zapalania światła, po ciemku się wysikał, wrócił do łóżka i spał dalej? Były też przypadki, że korzystał jednak z kubeczka zostawianego na parapecie – przynosił mi go z zawartością chwaląc się, na które piętro się „wspiął”.
Oczywiście nadal zdarza mu się zasikać łóżko, tak samo jak
zdarzało się przy próbach podczas drzemek. W żaden sposób mi to nie
przeszkadza. Jestem dumna, że mój maluszek staje się coraz bardziej
samodzielny. Zastanawiam się, ile czasu nam zajmie ta sama nauka z Bąblem. Póki
co czekam na ciepłe dni, żeby latał w majtkach – wszystko przed nami.
Jesień nam nie straszna
Odkąd Młody zaczął wymagać wychowywania, czyli pojawiły się pierwsze
przejawy łobuzerki, Dziabusz stał się zazdrosny o inne traktowanie [więcej
tu], a przebywanie w domu z „całą dwójką” rzadko bywało znośne. Dlatego
nasze popołudnia spędzamy najczęściej poza domem. Zazwyczaj chodzimy na
spacery. Także ostatnio, mimo jesiennej pogody, a może właśnie ze względu na
nią [nabywanie odporności?]. Wczoraj w planie było jeżdżenie autobusami –
starszy jest od kilku dobrych miesięcy zafascynowany autobusami [wcześniej były
ciuchcie, ale dużo krócej]. Od tego też zaczęliśmy – z jednego końca miasta, na
drugi i z powrotem. Później spacer z elementami wyścigów – mama jako „modelka wystartowująca”
zawodników, tata dociążony wózkiem z Bąblem, Dziabusz na prowadzeniu. Było
super, energicznie, wesoło i bardzo przyjemnie-rodzinnie. Dzidziuś też
zachwyconym „pędem we włosach”, mimo że Pluszak osiągał prędkości szybkiego
zawodowego chodziarza.
W domu kolacja, Młody [zwany ostatnio również Bombonierką] po
wyszykowaniu – do spania, a ze starszym Bąkiem jeszcze chwila przy puzzlach i
jego urocze błędy w wymowie:
- Dziabuszku, podasz mi tamten element?
- OczEwiście, że ci podam.
- A tu masz coś różowego, pewnie do którejś świnki.
- O, dziękuję, to Dziadek Wsinka. ;)
środa, 26 października 2016
O rozwoju słów kilka
U starszego syna obserwujemy zdolności matematyczne. Po
mamusi :).
Bardzo ładnie liczy. Nawet do 100 z niewielką pomocą. Wykonuje proste zadania
typu 5-2, 3+4 itp. Rozpoznaje wszystkie cyferki, trochę myli 9 i 6, nic
dziwnego. Super radzi sobie także z puzzlami - zarówno z tymi o dużych kawałka, jak i o
małych. Największa ilość elementów, jaką układał, to 70.
Nie licząc puzzli dla dwulatków, tych 3-4 elementowych, zaczynaliśmy od tego:
Właśnie wśród tych ostatnich obrazków jest ten 70-elementowy. Ulubiony Misia, bo przedstawia pociąg.
Pluszak kupił także prostą układankę, ponownie 30 części, bardzo duże kawałki, ale na odwrocie jest druga wersja - czarno-biała. I na prawdę jest to duuuża trudność, kiedy nie można się posiłkować kolorami. Na szczęście Dziabusz się nie poddaje i walczy również z takimi utrudnieniami.
Nie licząc puzzli dla dwulatków, tych 3-4 elementowych, zaczynaliśmy od tego:
Po ich zakupie przyszliśmy do domu i rozpakowywaliśmy z Pluszakiem zakupy, a Dziabusz dobrał się do pudełka. Wtedy jeszcze nie było Bąbla, więc miał całą podłogę dla siebie. My skończyliśmy rozkładać produkty po szafkach, a Miś w tym czasie rozprawił się z układanką. Nie byliśmy mu potrzebni.
Były też małogabarytowe obrazki, jak ten [wielkość jednego puzzla jest wyraźnie mniejsza od tych powyżej]:
A ostatnio działamy na zestawach:
Właśnie wśród tych ostatnich obrazków jest ten 70-elementowy. Ulubiony Misia, bo przedstawia pociąg.
Pluszak kupił także prostą układankę, ponownie 30 części, bardzo duże kawałki, ale na odwrocie jest druga wersja - czarno-biała. I na prawdę jest to duuuża trudność, kiedy nie można się posiłkować kolorami. Na szczęście Dziabusz się nie poddaje i walczy również z takimi utrudnieniami.
Nasz starszy syn lubi też śpiewać i ma wyraźne wyczucie rytmu. W przedszkolu
podoba mu się rysowanie, ale w domu woli inne zabawy. Chcemy z Pluszakiem
zapisać go na jakieś zajęcia ruchowe. Raz – trochę się wyżyje energetycznie,
dwa – nie będzie łobuzował z Dzidziusiem przez czas zajęć dodatkowych. U nas w
mieście nie ma zbyt wielu takich form. Fajne byłyby sporty walki, oczywiście
nie mam na myśli boksu. Jakieś kung-fu czy inne jujitsu. Niestety – są tylko
dla starszych dzieci. Nasz 3,5 latek będzie musiał się zadowolić zabawami z
piłką. Może to wystarczy.
Młodszy, z uwagi na chorobę, nie rozwija się w standardowym
tempie. Ma 20 miesięcy i jeszcze nie mówi, chociaż próbuje. Perfekcyjnie mówi „nie,
nie, nie” kręcąc przy tym główką i najważniejsze, że umie „daj”, więcej mu nie
trzeba;). Sam wymyślił zabawę! Mówi do nas „ija ija” – w znaczeniu wozów
policyjnych, straży pożarnej lub karetki, a na pytanie, „gdzie jest ija ija?”
wywija rączki i mówi „ymm ma” [nie ma]. Niezmiennie mnie to bawi i rozczula.
Rozumie bardzo dużo. Według mnie przynajmniej na poziomie jego zdrowych rówieśników. Pokazuje wiele przedmiotów, o które pytamy, rozpoznaje
zależności, np. na pytanie o czapkę pokazuje głowę; na widok termometru odchyla
koszulkę przy dekolcie, żebym mogła go wsadzić pod pachę; jak zakaszle próbuje
się klepać po plecach pokazując, co mam zrobić. Brata też chętnie klepie po
plecach, gdy ten kaszlnie. Kiedy coś się rozleje biegnie po papierowe ręczniki.
Dużo by wymieniać. Jest też okropnym złośnikiem. To również po mamusi. Zabierz
mu miskę z jedzeniem, jeśli jeszcze coś zostało – oj, będzie głośno.
wtorek, 25 października 2016
Zazdrość starszaka, czyli jeszcze dwa lata i trochę odetchnę. Może.
Jak się tak rozglądam wśród znajomych z dwójką dzieci, to
oceniam, że jeszcze 1,5 – 2 lata i w końcu znajdę czas dla siebie. Póki co
ponad 20-miesięczny Bąbel i 3,5 letni Dziabusz uskuteczniają głównie zabawy
przyprawiające o ból uszu [konkursy w najgłośniejszym pisku] lub gardła
[nieudolne próby egzekwowania przeze mnie ciszy za pomocą wrzasków], a
nieśmiałe pomysły, żeby olać wszystko i poleżeć przed telewizorem wywołują
wizje jazdy karetką na sygnale, wizyty strażaków albo interwencji policjantów
wezwanych przez sąsiadów.
Co dziwne, to starszak inicjuje niezgody. Młody umie zająć
się sam nawet na dość długo. Co z tego, skoro starszy brat się wpiernicza, bo
właśnie sobie przypomniał, że to małe uszkodzone auto, którym bawi się Bąbel
jest takie super. Nieważne, że ostatni raz zwrócił na nie uwagę 3 miesiące
temu. Dzidziuś parkuje w tym wjeździe do garażu? Po co skorzystać z drugiego,
spróbujmy wbić w ten mały przejazd dwa autobusy, może się uda. O, Młody wziął
sobie właśnie zabawkowy telefon, dam mu mój nowy „tablet” do nauki literek:
„Bąbel, zamienimy się?”. Nawet włączenie bajek Dziabuszkowi, żeby rozdzielić
chłopców i dać małemu swobodę w zabawie [bajki go niezbyt interesują] nie jest
wystarczające – bardziej kuszące od bajek jest przeszkadzanie bratu. Wiem, że
tak naprawdę nie chodzi o przeszkadzanie, tylko chęć uczestniczenia, ale to
mnie nie pociesza.
Jakiekolwiek próby WSPÓLNEJ zabawy kończą się fiaskiem.
Budowanie z klocków – Dziabusz akurat chce te, które ma "Wiewiórka". Wyścigi
aut zjeżdżających z drewnianego garażu – oczywiście obaj chcą jechać na raz.
Czytanie książeczek – maluch się nie interesuje. Robienie kulek z papieru i
rzucanie ich do miski – nikt się nie interesuje. Rzucanie czym popadnie gdzie
popadnie – supeeeer, ale mama zabrania:/. Dlatego nasze popołudnia opierają się
głównie na wyjściu z domu. Spacer, zakupy, odwiedziny u dziadków. W
ostateczności jazda samochodem bez celu.
Każdy z nich oddzielnie
jest cudownym, kochanym dzieckiem, ale razem… Wiem, jaki jest tego powód –
młodszy jest traktowany inaczej, bo mniej rozumie, bo trzeba do niego w inny
sposób mówić, bo toleruje się niektóre zachowania, których nie zdążył się
nauczyć. A starszy jest rozżalony, dlaczego Dzidziuś może, a on nie. I pewnie
to jest również powodem „wstecznego” zachowania Dziabusza – zamiast uczyć
młodszego brata, naśladuje jego piski, rzucanie zabawkami, uderzanie o stół itp.
I znów powód do złości i zazdrości – robią to samo, a rodzice reagują inaczej. „Młody,
ciiii, nie piszcz”. „Dziabusz, przestań wrzeszczeć!”. WIEM, ŻE TO ZŁE. Ale tak
trudno się powstrzymać! Stąd myśl, że jeszcze 1,5 - 2 lata. Wtedy Młodszy będzie w obecnym wieku starszego i też będzie można od niego wymagać tego samego. Oboje będą traktowani w miarę równo, a kłótnie o zabawki będą się kończyły zabraniem powodu niezgody. Taki jest plan...
niedziela, 2 października 2016
Przedszkole Montessori - wady i zalety pedagogiki z punktu widzenia rodzica:)
W końcu publikuję post, który napisałam ponad rok temu, także u nas już nieaktualny, ale komuś może pomoże.
Wybór odpowiedniej placówki opieraliśmy głównie na bliskiej odległości od domu. Dziadkowie Kluska zrobili nam niespodziankę i wyznali, że kiedy miał 3 miesiące zapisali go na listę kandydatów do przedszkola Montessori [też jest w miarę niedaleko]. Zaczęliśmy zatem czytać, na czym polega wyjątkowość tej formy edukacji. Trzeba przyznać, że jest dość kontrowersyjna. Nie będę opisywać historii założycielki ani wszystkich szczegółów, można to łatwo wyszukać w internecie. Generalnie metoda została stworzona dla dzieci niepełnosprawnych, aby umożliwić im rozwój i szansę na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Bardzo fajny artykuł przedstawiający dość obiektywnie założenia pedagogiki Montessori znalazłam na stronie godmother.pl. W skrócie - metoda przygotowana dla dzieci niepełnosprawnych została zastosowana wśród dzieci zdrowych, w całości. Nie uwzględniono odmiennych możliwości intelektualnych i motorycznych; w artykule mówi o tym przykład dotyczący podnoszenia klocków pojedynczo [nie wolno wziąć kilku naraz]. Odsyłam do tego tekstu, a sama opiszę własne obserwacje z pobytu w tej specyficznej placówce.
Nasłuchaliśmy się o przedszkolu wielu negatywnych opinii. A to, że nie ma zasad, a to, że problem z kontynuacją późniejszej nauki tą samą metodą, a w końcu, że dla snobów itp. Zaczęliśmy czytać o podstawowych założeniach. Dowiedzieliśmy się, że pedagogika Montessori wyklucza zabawki w klasycznym rozumieniu. Wszystkie dostępne akcesoria mają służyć nauce, zatem nie ma misiów, samochodów czy lalek, są klocki do dodawania, kolorowanki określające anatomię ludzi i zwierząt, koraliki do tabliczki mnożenia itp. Maluchy uczą się funkcjonowania na co dzień - obcują ze szklanymi przedmiotami, posługują się nożem i widelcem, zmywają talerze po zjedzeniu śniadania [byłam mocno zaskoczona widząc to]. A śniadanie jedzą w swojej sali - stoi stół z kilkoma krzesłami, na nim kromki chleba, szynka, pomidor i inne elementy niezbędne do spreparowania kanapki, którą każdy tworzy samodzielnie. Jest na to około 1,5 godziny, może więcej, dlatego, mimo ograniczonej ilości miejsc, dla wszystkich wystarczy czasu. I tu wspomnę o cesze pedagogiki Montessori, która doprowadziła do opinii "brak zasad", mianowicie - dziecko nie jest do niczego zmuszane. Chcesz, to jesz, nie chcesz - nie musisz, będziesz głodny albo zjesz za 20 minut. I to nie dotyczy jedynie posiłków. Jeśli przedszkolak nie chce liczyć patyczków, może zbudować "różową wieżę" albo poćwiczyć pisanie literek. Może też pomóc koledze, jeśli ten akurat nie ma pomysłu na siebie. Wychowawcy Montessori wychodzą z założenia, że nicnierobienie w końcu się nudzi i dzieci Z WŁASNEJ INICJATYWY podejmują jakieś działania. Fragmenty artykułu ze strony edukacja-klasyczna.pl opisują ten rodzaj pedagogiki jako "złudzenie wolności" i porównują ją do założeń Jean-Jacquesa Rousseau, który mówił, że „bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało. Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć”. Jednak, jeśli wczytać się w filozofię Rousseau, dzieci miały zacząć ćwiczyć umysł dopiero po 12 roku życia, zaś Montessori zastępuje zabawę nauką od najmłodszych lat.
Właśnie wczesna nauka jakoś mnie zniechęcała do tego przedszkola. Co prawda dzieci nie rozumieją, że to forma kształcenia, a nie klasycznie pojęta zabawa i pewnie im to nie przeszkadza, ale siedzi mi w głowie taka obawa, że w którymś momencie Dziabusz się połapie, że robimy go w balona i zamiast od 6 roku życia podjąć trudy wieeeeeeloletniej edukacji, został na nią skazany mając 2,5. Może to błędne rozumowanie, jednak nie chciałabym go pozbawiać dziecięcej beztroski, szczerej radości i, co tu dużo mówić, zwykłego łobuzowania [oczywiście w granicach rozsądku]. W przedszkolu Montessori nie ma na to miejsca. W salach jest CICHO! No, nie bezszelestnie, ale nie ma zgiełku, wrzasków, pisków. Maluchy rozmawiają przyciszonym głosem, a kiedy któreś zachowuje się głośniej - zwracają mu uwagę [nie wychowawcy, a koledzy!]. Nauczyciel jest tu tłem, ma nadzorować, czasem zaproponować formę aktywności, jeśli ktoś dłuższy czas nie może znaleźć siebie zajęcia, czuwać nad bezpieczeństwem i nieść pomoc, jeśli dziecko jej sobie zażyczy [nic na siłę].
Takie podejście do rozwoju ma swoje wady i zalety, jak wszystko. Ja na plus zaliczam:
+ grupy łączone wiekowo, co jest czymś naturalnym i logicznym, wszak na placu zabaw, w sklepie, w parku nie dzieli się ich na maluszki i starszaki,
+ indywidualne podejście do każdego dziecka [biorąc pod uwagę ciągłą naukę, to niemal jak korepetycje],
+ rozwój intelektualny [niekiedy zajęcia są prowadzone w dwóch językach],
+ szacunek.
Jako minus traktuję:
- ograniczenie beztroski,
- brak klasycznej pory drzemki [Dziabusz potrafi przespać w ciągu dnia ponad 3 godziny, a w montessoriańskich przedszkolach dzieci, które chcą spać, śpią w sali, w której pozostałe maluchy są aktywne; wątpię, żeby to się udało z Kluskiem i nie chodzi o hałas, choć to też, po prostu zobaczy, że są ciekawsze rzeczy od drzemki, a brak tej formy odpoczynku w jego przypadku skutkuje ciężkim wieczorem],
- paradoksalnie grzeczne zachowanie i wyciszenie uważam również za minus, już wyjaśniam: dziecko, które przez 10 godzin [tyle Dziabusz spędzałby w przedszkolu, ponieważ oboje z Pluszakiem pracujemy poza miastem i dojazdy zajmują nam po niemal godzinę w jedna stronę] musi być spokojne, bardzo się tym spokojem męczy. Maluchy potrzebują ruchu, czasem trochę wrzasku i radosnych pisków, biegania, skakania, gimnastyki. Uniemożliwianie im tego [nie licząc spacerów] frustruje je i zmusza do szukania ujścia nagromadzonym emocjom w późniejszej porze dnia.
Jak ze wszystkim - jednym odpowiada, inni są przeciwni. W moim przypadku zaważyły drzemki [a raczej ich brak]. Dodatkowym argumentem przeciw, był bywający na naszym placu zabaw chłopiec z przedszkola Montessori, który jest największym łobuzem, rozrabiaką i brutalem nieoszczędzającym nawet najmłodszych dzieci, na całym osiedlu. Ale może to tylko przypadek:).
Wybór odpowiedniej placówki opieraliśmy głównie na bliskiej odległości od domu. Dziadkowie Kluska zrobili nam niespodziankę i wyznali, że kiedy miał 3 miesiące zapisali go na listę kandydatów do przedszkola Montessori [też jest w miarę niedaleko]. Zaczęliśmy zatem czytać, na czym polega wyjątkowość tej formy edukacji. Trzeba przyznać, że jest dość kontrowersyjna. Nie będę opisywać historii założycielki ani wszystkich szczegółów, można to łatwo wyszukać w internecie. Generalnie metoda została stworzona dla dzieci niepełnosprawnych, aby umożliwić im rozwój i szansę na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Bardzo fajny artykuł przedstawiający dość obiektywnie założenia pedagogiki Montessori znalazłam na stronie godmother.pl. W skrócie - metoda przygotowana dla dzieci niepełnosprawnych została zastosowana wśród dzieci zdrowych, w całości. Nie uwzględniono odmiennych możliwości intelektualnych i motorycznych; w artykule mówi o tym przykład dotyczący podnoszenia klocków pojedynczo [nie wolno wziąć kilku naraz]. Odsyłam do tego tekstu, a sama opiszę własne obserwacje z pobytu w tej specyficznej placówce.
Nasłuchaliśmy się o przedszkolu wielu negatywnych opinii. A to, że nie ma zasad, a to, że problem z kontynuacją późniejszej nauki tą samą metodą, a w końcu, że dla snobów itp. Zaczęliśmy czytać o podstawowych założeniach. Dowiedzieliśmy się, że pedagogika Montessori wyklucza zabawki w klasycznym rozumieniu. Wszystkie dostępne akcesoria mają służyć nauce, zatem nie ma misiów, samochodów czy lalek, są klocki do dodawania, kolorowanki określające anatomię ludzi i zwierząt, koraliki do tabliczki mnożenia itp. Maluchy uczą się funkcjonowania na co dzień - obcują ze szklanymi przedmiotami, posługują się nożem i widelcem, zmywają talerze po zjedzeniu śniadania [byłam mocno zaskoczona widząc to]. A śniadanie jedzą w swojej sali - stoi stół z kilkoma krzesłami, na nim kromki chleba, szynka, pomidor i inne elementy niezbędne do spreparowania kanapki, którą każdy tworzy samodzielnie. Jest na to około 1,5 godziny, może więcej, dlatego, mimo ograniczonej ilości miejsc, dla wszystkich wystarczy czasu. I tu wspomnę o cesze pedagogiki Montessori, która doprowadziła do opinii "brak zasad", mianowicie - dziecko nie jest do niczego zmuszane. Chcesz, to jesz, nie chcesz - nie musisz, będziesz głodny albo zjesz za 20 minut. I to nie dotyczy jedynie posiłków. Jeśli przedszkolak nie chce liczyć patyczków, może zbudować "różową wieżę" albo poćwiczyć pisanie literek. Może też pomóc koledze, jeśli ten akurat nie ma pomysłu na siebie. Wychowawcy Montessori wychodzą z założenia, że nicnierobienie w końcu się nudzi i dzieci Z WŁASNEJ INICJATYWY podejmują jakieś działania. Fragmenty artykułu ze strony edukacja-klasyczna.pl opisują ten rodzaj pedagogiki jako "złudzenie wolności" i porównują ją do założeń Jean-Jacquesa Rousseau, który mówił, że „bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało. Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć”. Jednak, jeśli wczytać się w filozofię Rousseau, dzieci miały zacząć ćwiczyć umysł dopiero po 12 roku życia, zaś Montessori zastępuje zabawę nauką od najmłodszych lat.
Właśnie wczesna nauka jakoś mnie zniechęcała do tego przedszkola. Co prawda dzieci nie rozumieją, że to forma kształcenia, a nie klasycznie pojęta zabawa i pewnie im to nie przeszkadza, ale siedzi mi w głowie taka obawa, że w którymś momencie Dziabusz się połapie, że robimy go w balona i zamiast od 6 roku życia podjąć trudy wieeeeeeloletniej edukacji, został na nią skazany mając 2,5. Może to błędne rozumowanie, jednak nie chciałabym go pozbawiać dziecięcej beztroski, szczerej radości i, co tu dużo mówić, zwykłego łobuzowania [oczywiście w granicach rozsądku]. W przedszkolu Montessori nie ma na to miejsca. W salach jest CICHO! No, nie bezszelestnie, ale nie ma zgiełku, wrzasków, pisków. Maluchy rozmawiają przyciszonym głosem, a kiedy któreś zachowuje się głośniej - zwracają mu uwagę [nie wychowawcy, a koledzy!]. Nauczyciel jest tu tłem, ma nadzorować, czasem zaproponować formę aktywności, jeśli ktoś dłuższy czas nie może znaleźć siebie zajęcia, czuwać nad bezpieczeństwem i nieść pomoc, jeśli dziecko jej sobie zażyczy [nic na siłę].
Takie podejście do rozwoju ma swoje wady i zalety, jak wszystko. Ja na plus zaliczam:
+ grupy łączone wiekowo, co jest czymś naturalnym i logicznym, wszak na placu zabaw, w sklepie, w parku nie dzieli się ich na maluszki i starszaki,
+ indywidualne podejście do każdego dziecka [biorąc pod uwagę ciągłą naukę, to niemal jak korepetycje],
+ rozwój intelektualny [niekiedy zajęcia są prowadzone w dwóch językach],
+ szacunek.
Jako minus traktuję:
- ograniczenie beztroski,
- brak klasycznej pory drzemki [Dziabusz potrafi przespać w ciągu dnia ponad 3 godziny, a w montessoriańskich przedszkolach dzieci, które chcą spać, śpią w sali, w której pozostałe maluchy są aktywne; wątpię, żeby to się udało z Kluskiem i nie chodzi o hałas, choć to też, po prostu zobaczy, że są ciekawsze rzeczy od drzemki, a brak tej formy odpoczynku w jego przypadku skutkuje ciężkim wieczorem],
- paradoksalnie grzeczne zachowanie i wyciszenie uważam również za minus, już wyjaśniam: dziecko, które przez 10 godzin [tyle Dziabusz spędzałby w przedszkolu, ponieważ oboje z Pluszakiem pracujemy poza miastem i dojazdy zajmują nam po niemal godzinę w jedna stronę] musi być spokojne, bardzo się tym spokojem męczy. Maluchy potrzebują ruchu, czasem trochę wrzasku i radosnych pisków, biegania, skakania, gimnastyki. Uniemożliwianie im tego [nie licząc spacerów] frustruje je i zmusza do szukania ujścia nagromadzonym emocjom w późniejszej porze dnia.
Jak ze wszystkim - jednym odpowiada, inni są przeciwni. W moim przypadku zaważyły drzemki [a raczej ich brak]. Dodatkowym argumentem przeciw, był bywający na naszym placu zabaw chłopiec z przedszkola Montessori, który jest największym łobuzem, rozrabiaką i brutalem nieoszczędzającym nawet najmłodszych dzieci, na całym osiedlu. Ale może to tylko przypadek:).
czwartek, 5 maja 2016
Usuwanie trzeciego migdała. Pierwsze kroczki.
Miesiąc temu Dziabusz skończył trzy lata. W zeszłym tygodniu pozbył się tzw. trzeciego migdała. Traumatyczne zakładanie wenflonu, wcześniej syrop z "głupim jasiem", siusiu i po kilkunastu minutach wyjazd na blok operacyjny. "Jasiu" działał, więc nie było problemu z rozdzieleniem się. Jakieś 40 minut później zza ciężkich drzwi dobiegł mnie krzyk Misia. Z tym krzykiem pojechaliśmy do sali i z nim spędziliśmy kolejne 40 minut. To nie był płacz, lecz wrzask przerażonego dziecka, jakby miało koszmarny sen. Serce mi pękało, nie dało się go uspokoić, więc tylko leżałam obok niego przytulając, głaskając i uciszając. Usnął ze zmęczenia i jeszcze przez kilkanaście - dwadzieścia minut podbudzał się znów krzycząc. W końcu zasnął spokojny i przespał ponad 2,5 godziny. Po tym czasie wstał jak gdyby nigdy nic. Bawił się ze mną, śmiał, rozmawiał. Żadnych wymiotów spowodowanych narkozą, bóli, nieprzyjemnych odczuć czy jakichkolwiek innych sygnałów, że coś mu przeszkadza, nie odpowiada.
Po tygodniu wrócił do przedszkola. Teraz trzymamy kciuki, żeby zabieg spełnił swoje zadanie.
Dziabusz już wygląda jak średni pięciolatek. Robi się coraz mądrzejszy, ale i cwańszy. Fajnie się już z nim rozmawia, on sam zaczepia ludzi i opowiada im np. że "idziemy do domu tylko na chwilę, bo mama chce zrobić siku, a zaraz znowu wyjdziemy" albo, że "wysiadamy na następnym przystanku, żeby kupić parówki". Jest zdolny opowiedzieć wszystko i wszystkim. Dziś zaskoczył nas tekstem, który wywołał u Pluszaka parskanie powodowane powstrzymywaniem śmiechu, a u mnie łzy z tego samego powodu. Mam wyjść z dzieciorami na dwór, mówię starszemu, żeby zakładał buty, ale oczywiście są ważniejsze rzeczy - trzeba misiem wytrzeć podłogę, to auto jest akurat najfajniejszą zabawką, może poukładamy klocki? - wkurzyłam się i powiedziałam, ze mam go w nosie.
Ja: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Dziabusz: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Ja: uspokój się!!
Dziabusz: uspokój się!!
Ja: nie wkurzaj mnie!! Ja idę z Dzidziusiem na dwór, a ty se siedź!
Dziabusz: mama, nie złość się na mnie [tu myślę, że mnie przeprosi], ubieram buty, przeszkadzasz mi.
Pan Dzidzia, piętnastomiesięczne cudo. Piękny jak z obrazka. Co jakiś czas zastanawiamy się z Pluszakiem, jak z takich przeciętnych ludzi, jak my, zrodziło się takie śliczne dziecię.
Jeszcze nie chodzi samodzielnie, przy meblach i za rączki/rączkę - owszem. Nie martwi mnie to. Dziadek sprawił, że zrobił pełne dwa pierwsze kroki, kilka dni temu. Z mówieniem też kiepsko. Kiedyś powtarzał mama, trochę tata, baba, parę razy nawet dziadzia czy coś w ten deseń, potem przestał. Mówi po swojemu, więc z aparatem mowy raczej kłopotu nie będzie. Próbuje coś. Ma swoje określenia na jedzenie, na "daj", trochę podśpiewuje gaworząc itp. Też jeszcze za bardzo się nie przejmuję, chyba dlatego, że w Dziabusza grupie w przedszkolu jest chłopiec [starszy od niego], który wypowiada tylko te wymienione wyrazy i może parę innych, a poza tym jedynie bełkocze. Nie mówię, że to normalne, ale skoro on nie ma stwierdzonych jakichś zaburzeń rozwojowych, to tym bardziej nasz Bąbelek.
Po tygodniu wrócił do przedszkola. Teraz trzymamy kciuki, żeby zabieg spełnił swoje zadanie.
Dziabusz już wygląda jak średni pięciolatek. Robi się coraz mądrzejszy, ale i cwańszy. Fajnie się już z nim rozmawia, on sam zaczepia ludzi i opowiada im np. że "idziemy do domu tylko na chwilę, bo mama chce zrobić siku, a zaraz znowu wyjdziemy" albo, że "wysiadamy na następnym przystanku, żeby kupić parówki". Jest zdolny opowiedzieć wszystko i wszystkim. Dziś zaskoczył nas tekstem, który wywołał u Pluszaka parskanie powodowane powstrzymywaniem śmiechu, a u mnie łzy z tego samego powodu. Mam wyjść z dzieciorami na dwór, mówię starszemu, żeby zakładał buty, ale oczywiście są ważniejsze rzeczy - trzeba misiem wytrzeć podłogę, to auto jest akurat najfajniejszą zabawką, może poukładamy klocki? - wkurzyłam się i powiedziałam, ze mam go w nosie.
Ja: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Dziabusz: nigdzie nie idziesz, zostajesz w domu!
Ja: uspokój się!!
Dziabusz: uspokój się!!
Ja: nie wkurzaj mnie!! Ja idę z Dzidziusiem na dwór, a ty se siedź!
Dziabusz: mama, nie złość się na mnie [tu myślę, że mnie przeprosi], ubieram buty, przeszkadzasz mi.
Pan Dzidzia, piętnastomiesięczne cudo. Piękny jak z obrazka. Co jakiś czas zastanawiamy się z Pluszakiem, jak z takich przeciętnych ludzi, jak my, zrodziło się takie śliczne dziecię.
Jeszcze nie chodzi samodzielnie, przy meblach i za rączki/rączkę - owszem. Nie martwi mnie to. Dziadek sprawił, że zrobił pełne dwa pierwsze kroki, kilka dni temu. Z mówieniem też kiepsko. Kiedyś powtarzał mama, trochę tata, baba, parę razy nawet dziadzia czy coś w ten deseń, potem przestał. Mówi po swojemu, więc z aparatem mowy raczej kłopotu nie będzie. Próbuje coś. Ma swoje określenia na jedzenie, na "daj", trochę podśpiewuje gaworząc itp. Też jeszcze za bardzo się nie przejmuję, chyba dlatego, że w Dziabusza grupie w przedszkolu jest chłopiec [starszy od niego], który wypowiada tylko te wymienione wyrazy i może parę innych, a poza tym jedynie bełkocze. Nie mówię, że to normalne, ale skoro on nie ma stwierdzonych jakichś zaburzeń rozwojowych, to tym bardziej nasz Bąbelek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



