Mały Miś lubi swoją nianię i chyba z wzajemnością. Opiekunka jest dla niego często bardzo czuła, przytula go, głaszcze, całuje w główkę. Miło się na to patrzy, gdy podglądam ich przez kamerę, chociaż nachodzą mnie nieraz myśli, żeby się za bardzo nie przywiązał i nie wolał jej ode mnie.
Widać już 7 zębów, a w dzień dziecka Dziabusz zaliczył swoją pierwszą śliwkę na czole. Wyglądał jak rozrabiaka. Urósł mu brzuszek, ale podobno na wysokość również wystrzelił [według jednej z koleżanek, która widzi go co jakiś czas]. Nie umiem zmierzyć go tak, jak pielęgniarka, dlatego muszę poczekać do kolejnej wizyty w przychodni, która wypada dopiero w drugiej połowie lipca. Póki co, myślimy trochę o jakimś wypadzie nad jezioro? Dziabusz dostał od chrzestnej stolik wielofunkcyjny, nad jeziorko jak znalazł - można zrobić z niego mini piaskownicę, młyn wodny z łódkami, stolik do rysowania czy jedzenia albo tor wyścigowy [druga strona blatu].
Oddaliśmy również wózek do reklamacji. Pisałam o jego wadach bardzo ostro, ale jeśli uda się serwisowi doprowadzić skrętność kół i łatwość prowadzenia do stanu tuż po zakupie, to ta zaleta przeważy nad większością wad. Na razie dostaliśmy wózek zastępczy i o nim również mogę co nieco powiedzieć. Jest to prawdopodobnie model Hauck Viper. Nie wiem, przez ile rąk się przewinął i ile już przeszedł, ale wnioskuję, że naprawdę sporo. Pchając go ma się wrażenie, że za chwilę złamie się w pół [ugina się w miejscu składania]. Do plusów należy na pewno wielki kosz na zakupy. Jest bardziej pojemny niż ten, który mieliśmy w BEXie. Wózek jest też bardzo skrętny, pewnie przez to, że jest trójkołowcem, co jest równocześnie wadą ze względu na małą przyczepność i stabilność przy mocniejszym skręcie. Mechanizm rozkładania budki: ręczny "przeskokowy", ciągniesz - rozkładasz, pchasz - składasz. Wszystko to takie jakieś plastikowe i tandetne. Wnętrze wąskie, oparcie dość krótkie, powiedzmy - standardowe. Podnóżek całkiem fajny [w porównaniu z tym w Britax'ie, to większość jest fajnych]. Rączka do prowadzenia wygodna, chociaż cienka, z regulowaną wysokością. Barierka ochronna z zabezpieczeniem między nogi, dzięki czemu nie ma konieczności przypinania dziecka pasami. Najważniejsza sprawa! Oparcie mocowane jest po obu stronach na swego rodzaju zaczepach. W miejscu, gdzie zaznaczyłam na zdjęciu czerwonym kółkiem, jest rzep. Po odklejeniu go, widać plastikowy pasek z dwiema wypustkami, te wypustki wsuwa się w dwie dziurki zwężające się ku dołowi i wciska się w te zwężenia. Odkryłam to, kiedy wózek złożyliśmy do transportu, następnie rozłożyliśmy, a wsadzony do niego Dziabusz postanowił się oprzeć. Oparcie opadło całkiem na płasko i trzymało się chyba tylko na dwóch rzepach od budki. Opisane wyżej plastikowe zaczepy po prostu się wypięły. Kółka są piankowe. Cena, jaką znalazłam w internecie, to 719 zł. Jeśli nowy Viper spisuje się niewiele lepiej od tego, który posiadamy my, to nigdy bym za niego tyle nie zapłaciła. Ale może to nasz model jest po prostu tak wyeksploatowany, w końcu to wózek zastępczy. W każdym razie fajne doświadczenie, chętnie bym jeszcze kilka rodzajów wypróbowała. Kusi mnie jakaś parasolka.
wtorek, 24 czerwca 2014
wtorek, 6 maja 2014
Pierwszy dzień z opiekunką
Mama Dziabusza wróciła do pracy!
Wczoraj był mój pierwszy dzień. Przyszłam z ciachem i odwiedzałam pokoje. Czułam się, jak na ploteczkach, chociaż zaczęłam również przejmować obowiązki.
Rano, gdy wychodziliśmy z Pluszakiem z domu, Miś oczywiście spał. Po dotarciu na miejsce i pierwszych przywitaniach chciałam wypróbować kamerę. Uruchomiłam internet w telefonie, wpisałam odpowiedni adres w pasku, potem login i hasło, i... "brak wtyczki". Jak, skoro w domu działało? Pomęczyłam się, próbowałam instalować. Nic z tego. O 9 nie wytrzymałam i zadzwoniłam do opiekunki. Oczywiście okazało się, że wszystko gra. Uspokojona zaczęłam się trochę bawić telefonem i zauważyłam zainstalowaną aplikację na pulpicie. Całkiem o niej zapomniałam, a specjalnie w celu łatwego połączenia tam się znalazła. Za jej pomocą bez problemu uzyskałam obraz i dźwięk. Dziś też podglądam. Nie chcę, żeby to było uciążliwe dla niani, dlatego staram się nie ruszać kamerą i nie patrzę też bez przerwy [zaglądam co jakiś czas na 2-3 minuty].
Po powrocie do domu usłyszeliśmy pełny raport o godzinach pobudki, drzemki, długości spaceru, posiłkach, jakie zjadł i jak reagował na opiekunkę po przebudzeniach. Dziabuszek uśmiechnięty, nieszczególnie rwał się do mamy na ręce, więc krzywda mu się raczej nie działa.
Mieliśmy z Pluszakiem moment zawahania, czy dokonaliśmy optymalnego wyboru. Wynikało to trochę ze wzajemnego nakręcania się. Zaczęło się od tego, że wybrana pani nie mogła dostarczyć nam referencji z dotychczasowego miejsca pracy, bo jeszcze wtedy tam pracowała. Obiecała je nam po wygaśnięciu umowy. Wczoraj ich nie otrzymaliśmy, a przypomniał nam o tym Pluszak, późnym popołudniem. Zaczęliśmy się zastanawiać nad powodem. Wyobrażaliśmy sobie, że wcale tych referencji nie dostała, a obawy wzmogły się, kiedy po wysłaniu smsa z prośbą o wzięcie dokumentu następnego dnia, nie otrzymaliśmy odpowiedzi [wcześniej zdarzał się już kontakt smsowy]. Roiliśmy sobie, że niania knuje, jak podrobić pieczątkę poprzedniego pracodawcy. Same czarne myśli. Kiedy dziś rano dostaliśmy od niej kopertę z wszystkimi referencjami [w tym z tymi najbardziej nas interesującymi] odetchnęliśmy z ulgą. Brak zaufania nie jest chyba czymś niespotykanym w naszej sytuacji. Dodatkowo mamy w pamięci rozmowy z kandydatkami i gładkie kłamstwa niektórych z nich na temat kontaktu do osób, których dziećmi się rzekomo opiekowały. W jednym przypadku potencjalna niania podała numer telefonu i nazwisko „państwa z synem i córką”. Jak się szybko okazało [na facebooku!], wskazaną rodziną była siostra kandydatki. Próbowałam ją tłumaczyć i zasugerowałam Pluszakowi, że może nas źle zrozumiała. Postanowiłam zadzwonić do opiekunki i się upewnić. Zapytałam, czy ci państwo od dwójki dzieci będą ją kojarzyli. Gdyby chciała wyprostować sytuację, powiedziałaby, ze podała numer do siostry, której córek też pilnowała, a np. do tej drugiej pary nie ma kontaktu. Ale dziewczyna upierała się przy swoim, więc została skreślona [chociaż zapowiadała się bardzo dobrze].
Cieszę się, że konieczność dokonania wyboru i podjęcia tak ważnej decyzji mamy już za sobą. Musimy być dobrej myśli i liczyć, że Dziabusz i niania zżyją się ze sobą i będą miło spędzać czas, a ja skupię się na pracy;).
piątek, 2 maja 2014
Zabawki, sprzety i gadżety z perspektywy czasu. Co warto kupic, a co było stratą pieniedzy. Dużo o wózku Britax B-Motion 4.
W jednym z pomieszczeń w domu dziadków Dziabusza powstała przechowalnia jego akcesoriów [z myślą o siostrzyczce]. Niektóre z nich okazały się niewypałem, inne - wręcz przeciwnie.
Opisuję w tym poście sporo rzeczy, które pojawiły się u nas w domu. Często już o nich pisałam, dlatego umieściłam dużą ilość linków do odpowiednich lokalizacji, żeby się nie powtarzać.
Jeden z pierwszych zakupów [pomijając oczywiście meble do pokoju i wózek, które są raczej niezbędne] obejmował pakiet używanych rzeczy: wanienka na tzw. komodzie, leżaczek-bujaczek oraz kosz Mojżesza na drewnianym stelażu, w komplecie był satynowy biały becik. Wanienkę szybko wymieniliśmy ze względu na niewygodę użytkowania, komoda była w złym stanie [przerdzewiałe rurki, nierówne półki], więc wylądowała na śmietniku, leżaczek był wystarczający i chociaż nie zachwycał wyglądem, to uznaliśmy, że nie ma sensu kupować kolejnego, ten spełniał swoją funkcję.
Posiadany przez nas nie ma doczepionych zabawek, ani wkładu dla noworodka, dlatego jest dość ponury. [Ziggy zebra].
Natomiast kosz Mojżesza był strzałem w 10. Dziabusz przez około 2,5 miesiąca spał w nim po mojej stronie łóżka. W ciągu dnia przenosiliśmy całość, ze stelażem, do salonu i synek przebywał blisko nas. Na wyjazdy nad jezioro również był genialny [mamy bardzo duży bagażnik, więc większe od złożonego łóżka turystycznego wymiary nie były nam straszne].
Później kupiliśmy karuzelkę do łóżeczka [również używaną]. Zależało mi, żeby poza dźwiękiem i kręcącymi się zabawkami posiadała także projektor rzucający na sufit ruchome obrazki [np. gwiazdki], okazało się, że niepotrzebnie. Nigdy z tych świetlnych efektów nie skorzystaliśmy, poza momentem sprawdzenia działania. W ciągu dnia, kiedy maluszek przyglądał się karuzeli było zbyt jasno, żeby zauważyć światełko na suficie, wieczorem zaś synek zasypiał samodzielnie, więc mogło go to jedynie rozpraszać. O karuzeli i pierwszych kilku zabawkach już pisałam.
Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na kojec. Teoretycznie do zabawy, w praktyce także na drzemki w ciągu dnia. Wtedy karuzela została przeniesiona właśnie do kojca, a łóżeczko miało zacząć się kojarzyć jedynie ze snem. Przy wyborze wzięliśmy pod uwagę wielkość i rozkład salonu i wykluczyliśmy kojce sześciokątne, ośmio-, dziesięcio- itp. oraz te o rozmiarach łóżeczka. Kupiliśmy solidny i ładny mebel, wykonany z drewna bukowego i rewelacyjnie, bardzo łatwo się składający [każda ze "ścianek" jest umieszczona na wałku, dzięki czemu po wysunięciu obejm z górnych rogów wystarczy złożyć je do środka]. Długość 100 cm, szerokość - 75. Podłoga regulowana na trzech wysokościach. Firma Herlag.
Zastanawiamy się czasem z Pluszakiem, jakby to było, gdyby Dziabuszowi urodziło się rodzeństwo i przyszło mi do głowy, że skoro Miś już z kojca nie korzysta, to może mógłby on posłużyć jako łóżeczko dla młodszego dziecka. Znalazłam nawet ze dwa materace, które mają ten sam rozmiar.
Był też telewizorek. Pierwszymi wrażeniami się dzieliłam, a kolejne niewiele się niestety różniły. Ten bajer uznałabym za zbędny. Albo fajny na chwilę, bo jednak kilka razy został użyty. Nie kupiłabym go drugi raz. Po drodze było też sporo zabawek, które smyk dostał od dziadków, chrzestnych czy naszych znajomych. Spośród nich na uwagę zasługuje może pchacz, jako bardzo i na długo zajmujący Kluska gadżet. Nadal, mimo nabycia przez synka umiejętności chodzenia, nie popadł w niełaskę. Nie umiem ocenić, czy przyśpieszył, czy opóźnił moment samodzielnego stawiania kroków, jednak przynosi wiele radości i o się liczy. Wcześniej pisałam trochę o jeździkach, a potem o tym konkretnym, który Dziabusz dostał. Na roczek otrzymał jeszcze jeden. Ciuchcię, do której można przyczepić wagonik. Bez wagonika jest pchaczem, z - jeździkiem, na którym maluch może usiąść i odpychać się nóżkami.
Wśród zbędnych wydatków znalazła się na pewno wanienka turystyczna, którą kupiliśmy na wakacje. Nasza była pompowana. Gdy Pluszak podpierał główkę Dziabusza, naciskał ramieniem na miękkie brzegi i wylewał wodę. Generalnie było to bardzo niewygodne i łatwiej kąpałoby się Kluska w dużej wannie lub delikatnie prysznicem.
Podobnie, jeśli chodzi o koszty, wyglądała sprawa termometru. Opisywałam moje przygody z jednym konkretnym modelem. Na szczęście udało mi się go sprzedać i teraz rozglądam się za jakimś rzeczywiście dokładnym, a przy tym szybkim sprzętem. Póki co nie znalazłam takowego.
Przydatne, do czasu, było krzesełko do karmienia. Miałam problem z wyborem, na szczęście zdecydowałam się ostatecznie na tanie, a nie dizajnerskie. Obecnie nie korzystamy z tego mebla, bo ograniczanie swobody Dziabusza kończy się wrzaskiem i absolutnie wyklucza nakarmienie go. Ale przez jakiś czas się sprawdzał i może jeszcze wróci do łask, kiedy opiekę nad maluchem przejmie niania, być może jej będzie wygodniej i łatwiej w ten sposób podawać posiłki. Zobaczymy.
Kupiliśmy też matę do zabawy DWINGULER, która miała zastąpić zbyt małe już maty dla najmłodszych niemowląt. Temat różnic pomiędzy nią, a klasycznymi piankowymi puzzlami też poruszałam. Dodatkowo tutaj, zarówno w treści, jak i w komentarzu pod postem wpisałam kilka uwag o dwingulerze. Z tego zakupu jestem w zasadzie zadowolona.
Jednym z "pomagaczy" przy chorobie jest odciągacz kataru. W naszym przypadku jest to KATAREK, podpinany do odkurzacza. Klusek oczywiście nie cieszy się na jego widok, na szczęście sam odkurzacz nie kojarzy się negatywnie, a sporadycznie stosowany odciągacz spełnia swoją funkcję. Zaopatrzyliśmy się również w inhalator. Nie lubię go używać, bo wymaga kilku przygotowań przed i czynności konserwacyjnych po. Ale kilka razy udrożniał nosek Czupurka i nie był nawet traktowany jako wróg. Aby z niego skorzystać, wystarczy kupić w aptece ampułki z solą fizjologiczną i w ten sposób nawilżać śluzówkę.
Następnym gadżetem, był kask do nauki chodzenia kilka razy się przydał, ale w zasadzie nie był to konieczny wydatek.
Ostatnie, co mi aktualnie przychodzi do głowy, to wózek spacerowy. Zmiana wielofunkcyjnego na spacerówkę odbyła się szybciej, niż planowaliśmy, co mnie akurat cieszyło. Na początku byłam zachwycona zmniejszeniem gabarytów, łatwością składania [choć nie było to idealne] i mimo wszystko wygodą. Po kilku miesiącach używania mocno zweryfikowałam moją opinię i nie polecam wózka B-Motion 4 firmy Britax. Może nie byłabym taka stanowcza, gdyby nie znaczny koszt [ponad 1000 zł]. Nie będę porównywać go z innymi wózkami, bo nie mam tak rozległej wiedzy, żeby się orientować, czy któryś występujący na rynku model ma akurat funkcję, która mnie interesuje. Oceniam B-Motion pod względem, powiedzmy, jakości do ceny. Wspomniane pompowane koła podnoszą wagę i z tym się liczyłam, więc nie mogę teraz narzekać, zatem skupię się na pozostałych cechach.
Rączka do prowadzenia wózka - regulowana i pełna - nie, jak w parasolkach, dwa osobne uchwyty, ale co z tego, skoro Britax nie da się prowadzić jedną ręką? Wykonana jest z gąbki. Złożony wózek postawiony pionowo opiera się na niej, przez co gąbka zbiera brud z podłoża i może ulec odkształceniu lub zniszczeniu.
Kieszeń na drobiazgi za oparciem - aby swobodnie z niej korzystać należy odkleić rzepy od oparcia wózka. Wtedy kieszeń zwisa luźno. Jest głęboka, więc dość trudno się z niej korzysta. Przy wzroście 180 cm mam kłopot z wydobyciem małego przedmiotu [np. kluczy] z dna tego worka, w związku z tym - nie korzystam. Zawiesiłam torbę, na rączce i w niej wszystko noszę.
Daszek/budka - dość obszerna. Można odpiąć zamek łączący dwie części daszku i wtedy budka całkiem nieźle chroni od wiatru. Jednak po odpięciu zamka nie pojawia się materiał, a jedynie siatka-moskitiera [nie uchroni od deszczu, ale po to są folie ochronne]. W daszku zastosowane jest przykryte okienko do obserwowania dziecka, podczas gdy budka jest używana.
Siedzisko, podnóżek, oparcie i pasy - przy wyborze zwracaliśmy wielką uwagę na wymiary siedzenia. Klusek jest wysoki [ostatni pomiar, w wieku 12 miesięcy, wskazał 83 cm i kolejne przekroczenie skali na siatce centylowej], więc zależało nam, żeby oparcie było odpowiednie nawet za pół roku i później. Ten wózek takie posiada. Wnętrze jest obszerne, maluch może się w nim czuć swobodnie. Natomiast samo wykonanie... Jak już mówiłam, nie porównuję z innymi spacerówkami, jednak mam w pamięci usztywnienie oparcia i siedziska w wózku wielofunkcyjnym. W Britax'ie wydaje się być z kartonu. Pewnie jest. Dziabusza przypinam tylko za pomocą pasów "biodrowych", te naramienne mam wypięte z klamer. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu [kiedy malec reaguje na autobus albo wychyla się z wózka, żeby zobaczyć psa, który nas minął] pasy ciągną za sobą materiał i oparcie razem z siedziskiem pracują, jakby miały się oderwać od ramy. Regulacja nachylenia odbywa się na zasadzie zaciskania lub luzowania pasów [widać je wiszące z tyłu, na zdjęciu powyżej]. Są to dwie taśmy złączone zaciskiem. Żeby unieść oparcie, łapie się za zamontowane na końcach taśm plastikowe kółka i rozciąga je na boki. Czasami, jak dziecko się akurat opiera, podnoszenie nie jest równe i trzeba wtedy dodatkowo dorównać zaciągając tylko jeden pas/taśmę. Opuszcza się chwytając łączący pasy plastik i ściskając kciukiem i palcem wskazującym od góry i od dołu, ciągnie się do siebie. Nie zawsze się udaje, ale to kwestia wprawy.
Podnóżek to zupełny niewypał, o czym pisałam już przed zakupem. Wersja złożona jest ok, ale kiedy chce się ulżyć nóżkom zasypiającego/śpiącego dziecka, rozwiązanie nie jest zadowalające. Nie da się zrobić przedłużenia siedziska. Podnóżek lekko opada, ponadto ciężar nóg naciska na materiał i całość się odkształca. Poza wszystkim innym [np. niewygodą], brzydko to wygląda.
Kosz na zakupy - co tu dużo mówić, w wózku wielofunkcyjnym mieściłam zakupy na cały tydzień;). Teraz wcisnę tam NAJWYŻEJ połowę, jeśli dobrze poukładam. Ale kosz jest, a to ważne.
Koła - pompowane, duży plus [chociaż zwiększa to wagę wózka]. Ale co z tego, skoro skrętność przednich pozostawia wiele do życzenia. Wydaje mi się, że na początku było lepiej [znacznie]. Zastanawialiśmy się z Pluszakiem, co może być powodem tej zmiany i doszliśmy do wniosku, że być może jest to sprawka dziadka Misia. Kiedy on prowadzi pojazd Kluska, krawężniki muszą się strzec. Dziadek w każdy wjeżdża i jeśli przejedzie - w porządku, jeśli nie - odbija się i dopiero wtedy podnosi wózek. Pluszak obiecał, że dobrze napompuje wszystkie koła i sprawdzimy, czy to jest wystarczające, żeby poprawić komfort prowadzenia. W przeciwnym razie mamy problem. Wózek, który miał nam ułatwić życie, być zwrotniejszy, węższy, bardziej kompaktowy i łatwiejszy w transporcie, okazuje się codzienną męczarnią.
Właśnie to prowadzenie wywołuje u mnie tak negatywną opinię o B-motion. Pchanie go jedną ręką kończy się najczęściej skręcaniem na trawnik. Picie kawy i prowadzenie pojazdu jest niemal niewykonalne. Podobnie próba wjechania do windy [pod kątem, nie na wprost] przy sterowaniu tylko jedną ręką - obijanie ścian i przy okazji felg, zahaczanie tylnym kołem o drzwi itp. Prowadziłam przez chwilę "parasolkę" koleżanki. Jej córa jest cięższa od Dziabusza, a mimo to spacerówką można było sterować w prawo i w lewo praktycznie w miejscu. Zamarzyła mi się taka, ale nie zamierzam wydawać pieniędzy na kolejny wózek, skoro tamten miał być już do końca i najlepszy, i w ogóle dla następnego dziecka.
Opisuję w tym poście sporo rzeczy, które pojawiły się u nas w domu. Często już o nich pisałam, dlatego umieściłam dużą ilość linków do odpowiednich lokalizacji, żeby się nie powtarzać.
Jeden z pierwszych zakupów [pomijając oczywiście meble do pokoju i wózek, które są raczej niezbędne] obejmował pakiet używanych rzeczy: wanienka na tzw. komodzie, leżaczek-bujaczek oraz kosz Mojżesza na drewnianym stelażu, w komplecie był satynowy biały becik. Wanienkę szybko wymieniliśmy ze względu na niewygodę użytkowania, komoda była w złym stanie [przerdzewiałe rurki, nierówne półki], więc wylądowała na śmietniku, leżaczek był wystarczający i chociaż nie zachwycał wyglądem, to uznaliśmy, że nie ma sensu kupować kolejnego, ten spełniał swoją funkcję.
Posiadany przez nas nie ma doczepionych zabawek, ani wkładu dla noworodka, dlatego jest dość ponury. [Ziggy zebra].
Natomiast kosz Mojżesza był strzałem w 10. Dziabusz przez około 2,5 miesiąca spał w nim po mojej stronie łóżka. W ciągu dnia przenosiliśmy całość, ze stelażem, do salonu i synek przebywał blisko nas. Na wyjazdy nad jezioro również był genialny [mamy bardzo duży bagażnik, więc większe od złożonego łóżka turystycznego wymiary nie były nam straszne].
Później kupiliśmy karuzelkę do łóżeczka [również używaną]. Zależało mi, żeby poza dźwiękiem i kręcącymi się zabawkami posiadała także projektor rzucający na sufit ruchome obrazki [np. gwiazdki], okazało się, że niepotrzebnie. Nigdy z tych świetlnych efektów nie skorzystaliśmy, poza momentem sprawdzenia działania. W ciągu dnia, kiedy maluszek przyglądał się karuzeli było zbyt jasno, żeby zauważyć światełko na suficie, wieczorem zaś synek zasypiał samodzielnie, więc mogło go to jedynie rozpraszać. O karuzeli i pierwszych kilku zabawkach już pisałam.
Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na kojec. Teoretycznie do zabawy, w praktyce także na drzemki w ciągu dnia. Wtedy karuzela została przeniesiona właśnie do kojca, a łóżeczko miało zacząć się kojarzyć jedynie ze snem. Przy wyborze wzięliśmy pod uwagę wielkość i rozkład salonu i wykluczyliśmy kojce sześciokątne, ośmio-, dziesięcio- itp. oraz te o rozmiarach łóżeczka. Kupiliśmy solidny i ładny mebel, wykonany z drewna bukowego i rewelacyjnie, bardzo łatwo się składający [każda ze "ścianek" jest umieszczona na wałku, dzięki czemu po wysunięciu obejm z górnych rogów wystarczy złożyć je do środka]. Długość 100 cm, szerokość - 75. Podłoga regulowana na trzech wysokościach. Firma Herlag.
Zastanawiamy się czasem z Pluszakiem, jakby to było, gdyby Dziabuszowi urodziło się rodzeństwo i przyszło mi do głowy, że skoro Miś już z kojca nie korzysta, to może mógłby on posłużyć jako łóżeczko dla młodszego dziecka. Znalazłam nawet ze dwa materace, które mają ten sam rozmiar.
Był też telewizorek. Pierwszymi wrażeniami się dzieliłam, a kolejne niewiele się niestety różniły. Ten bajer uznałabym za zbędny. Albo fajny na chwilę, bo jednak kilka razy został użyty. Nie kupiłabym go drugi raz. Po drodze było też sporo zabawek, które smyk dostał od dziadków, chrzestnych czy naszych znajomych. Spośród nich na uwagę zasługuje może pchacz, jako bardzo i na długo zajmujący Kluska gadżet. Nadal, mimo nabycia przez synka umiejętności chodzenia, nie popadł w niełaskę. Nie umiem ocenić, czy przyśpieszył, czy opóźnił moment samodzielnego stawiania kroków, jednak przynosi wiele radości i o się liczy. Wcześniej pisałam trochę o jeździkach, a potem o tym konkretnym, który Dziabusz dostał. Na roczek otrzymał jeszcze jeden. Ciuchcię, do której można przyczepić wagonik. Bez wagonika jest pchaczem, z - jeździkiem, na którym maluch może usiąść i odpychać się nóżkami.
Podobnie, jeśli chodzi o koszty, wyglądała sprawa termometru. Opisywałam moje przygody z jednym konkretnym modelem. Na szczęście udało mi się go sprzedać i teraz rozglądam się za jakimś rzeczywiście dokładnym, a przy tym szybkim sprzętem. Póki co nie znalazłam takowego.
Przydatne, do czasu, było krzesełko do karmienia. Miałam problem z wyborem, na szczęście zdecydowałam się ostatecznie na tanie, a nie dizajnerskie. Obecnie nie korzystamy z tego mebla, bo ograniczanie swobody Dziabusza kończy się wrzaskiem i absolutnie wyklucza nakarmienie go. Ale przez jakiś czas się sprawdzał i może jeszcze wróci do łask, kiedy opiekę nad maluchem przejmie niania, być może jej będzie wygodniej i łatwiej w ten sposób podawać posiłki. Zobaczymy.
Kupiliśmy też matę do zabawy DWINGULER, która miała zastąpić zbyt małe już maty dla najmłodszych niemowląt. Temat różnic pomiędzy nią, a klasycznymi piankowymi puzzlami też poruszałam. Dodatkowo tutaj, zarówno w treści, jak i w komentarzu pod postem wpisałam kilka uwag o dwingulerze. Z tego zakupu jestem w zasadzie zadowolona.
Jednym z "pomagaczy" przy chorobie jest odciągacz kataru. W naszym przypadku jest to KATAREK, podpinany do odkurzacza. Klusek oczywiście nie cieszy się na jego widok, na szczęście sam odkurzacz nie kojarzy się negatywnie, a sporadycznie stosowany odciągacz spełnia swoją funkcję. Zaopatrzyliśmy się również w inhalator. Nie lubię go używać, bo wymaga kilku przygotowań przed i czynności konserwacyjnych po. Ale kilka razy udrożniał nosek Czupurka i nie był nawet traktowany jako wróg. Aby z niego skorzystać, wystarczy kupić w aptece ampułki z solą fizjologiczną i w ten sposób nawilżać śluzówkę.
Następnym gadżetem, był kask do nauki chodzenia kilka razy się przydał, ale w zasadzie nie był to konieczny wydatek.
Ostatnie, co mi aktualnie przychodzi do głowy, to wózek spacerowy. Zmiana wielofunkcyjnego na spacerówkę odbyła się szybciej, niż planowaliśmy, co mnie akurat cieszyło. Na początku byłam zachwycona zmniejszeniem gabarytów, łatwością składania [choć nie było to idealne] i mimo wszystko wygodą. Po kilku miesiącach używania mocno zweryfikowałam moją opinię i nie polecam wózka B-Motion 4 firmy Britax. Może nie byłabym taka stanowcza, gdyby nie znaczny koszt [ponad 1000 zł]. Nie będę porównywać go z innymi wózkami, bo nie mam tak rozległej wiedzy, żeby się orientować, czy któryś występujący na rynku model ma akurat funkcję, która mnie interesuje. Oceniam B-Motion pod względem, powiedzmy, jakości do ceny. Wspomniane pompowane koła podnoszą wagę i z tym się liczyłam, więc nie mogę teraz narzekać, zatem skupię się na pozostałych cechach.
Rączka do prowadzenia wózka - regulowana i pełna - nie, jak w parasolkach, dwa osobne uchwyty, ale co z tego, skoro Britax nie da się prowadzić jedną ręką? Wykonana jest z gąbki. Złożony wózek postawiony pionowo opiera się na niej, przez co gąbka zbiera brud z podłoża i może ulec odkształceniu lub zniszczeniu.
Kieszeń na drobiazgi za oparciem - aby swobodnie z niej korzystać należy odkleić rzepy od oparcia wózka. Wtedy kieszeń zwisa luźno. Jest głęboka, więc dość trudno się z niej korzysta. Przy wzroście 180 cm mam kłopot z wydobyciem małego przedmiotu [np. kluczy] z dna tego worka, w związku z tym - nie korzystam. Zawiesiłam torbę, na rączce i w niej wszystko noszę.
Daszek/budka - dość obszerna. Można odpiąć zamek łączący dwie części daszku i wtedy budka całkiem nieźle chroni od wiatru. Jednak po odpięciu zamka nie pojawia się materiał, a jedynie siatka-moskitiera [nie uchroni od deszczu, ale po to są folie ochronne]. W daszku zastosowane jest przykryte okienko do obserwowania dziecka, podczas gdy budka jest używana.
Siedzisko, podnóżek, oparcie i pasy - przy wyborze zwracaliśmy wielką uwagę na wymiary siedzenia. Klusek jest wysoki [ostatni pomiar, w wieku 12 miesięcy, wskazał 83 cm i kolejne przekroczenie skali na siatce centylowej], więc zależało nam, żeby oparcie było odpowiednie nawet za pół roku i później. Ten wózek takie posiada. Wnętrze jest obszerne, maluch może się w nim czuć swobodnie. Natomiast samo wykonanie... Jak już mówiłam, nie porównuję z innymi spacerówkami, jednak mam w pamięci usztywnienie oparcia i siedziska w wózku wielofunkcyjnym. W Britax'ie wydaje się być z kartonu. Pewnie jest. Dziabusza przypinam tylko za pomocą pasów "biodrowych", te naramienne mam wypięte z klamer. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu [kiedy malec reaguje na autobus albo wychyla się z wózka, żeby zobaczyć psa, który nas minął] pasy ciągną za sobą materiał i oparcie razem z siedziskiem pracują, jakby miały się oderwać od ramy. Regulacja nachylenia odbywa się na zasadzie zaciskania lub luzowania pasów [widać je wiszące z tyłu, na zdjęciu powyżej]. Są to dwie taśmy złączone zaciskiem. Żeby unieść oparcie, łapie się za zamontowane na końcach taśm plastikowe kółka i rozciąga je na boki. Czasami, jak dziecko się akurat opiera, podnoszenie nie jest równe i trzeba wtedy dodatkowo dorównać zaciągając tylko jeden pas/taśmę. Opuszcza się chwytając łączący pasy plastik i ściskając kciukiem i palcem wskazującym od góry i od dołu, ciągnie się do siebie. Nie zawsze się udaje, ale to kwestia wprawy.
Podnóżek to zupełny niewypał, o czym pisałam już przed zakupem. Wersja złożona jest ok, ale kiedy chce się ulżyć nóżkom zasypiającego/śpiącego dziecka, rozwiązanie nie jest zadowalające. Nie da się zrobić przedłużenia siedziska. Podnóżek lekko opada, ponadto ciężar nóg naciska na materiał i całość się odkształca. Poza wszystkim innym [np. niewygodą], brzydko to wygląda.
Kosz na zakupy - co tu dużo mówić, w wózku wielofunkcyjnym mieściłam zakupy na cały tydzień;). Teraz wcisnę tam NAJWYŻEJ połowę, jeśli dobrze poukładam. Ale kosz jest, a to ważne.
Koła - pompowane, duży plus [chociaż zwiększa to wagę wózka]. Ale co z tego, skoro skrętność przednich pozostawia wiele do życzenia. Wydaje mi się, że na początku było lepiej [znacznie]. Zastanawialiśmy się z Pluszakiem, co może być powodem tej zmiany i doszliśmy do wniosku, że być może jest to sprawka dziadka Misia. Kiedy on prowadzi pojazd Kluska, krawężniki muszą się strzec. Dziadek w każdy wjeżdża i jeśli przejedzie - w porządku, jeśli nie - odbija się i dopiero wtedy podnosi wózek. Pluszak obiecał, że dobrze napompuje wszystkie koła i sprawdzimy, czy to jest wystarczające, żeby poprawić komfort prowadzenia. W przeciwnym razie mamy problem. Wózek, który miał nam ułatwić życie, być zwrotniejszy, węższy, bardziej kompaktowy i łatwiejszy w transporcie, okazuje się codzienną męczarnią.
Właśnie to prowadzenie wywołuje u mnie tak negatywną opinię o B-motion. Pchanie go jedną ręką kończy się najczęściej skręcaniem na trawnik. Picie kawy i prowadzenie pojazdu jest niemal niewykonalne. Podobnie próba wjechania do windy [pod kątem, nie na wprost] przy sterowaniu tylko jedną ręką - obijanie ścian i przy okazji felg, zahaczanie tylnym kołem o drzwi itp. Prowadziłam przez chwilę "parasolkę" koleżanki. Jej córa jest cięższa od Dziabusza, a mimo to spacerówką można było sterować w prawo i w lewo praktycznie w miejscu. Zamarzyła mi się taka, ale nie zamierzam wydawać pieniędzy na kolejny wózek, skoro tamten miał być już do końca i najlepszy, i w ogóle dla następnego dziecka.
wtorek, 22 kwietnia 2014
Kamerka do podglądu niani. "Dziab"-owanie
Mały Miś ledwo nauczył się chodzić, a już próbuje biegać. Dziś po takich wyczynach wylądował na rękach i policzku. Za to świetnie wychodzi mu ciągnięcie wywrotki za sznurek. Myślałam, że to jakaś trudniejsza do nabycia umiejętność, a on po pierwszym pokazaniu załapał, w czym rzecz i dziś już nawet sam podniósł sznurek z podłogi i poooszeeeedł.
Od dłuższego czasu Klusek powtarza "Dziab, Dziab". Jednak nie mówi tego twardo, ale miękko i soczyście, coś pomiędzy "ciap" i "dziab". Pluszak stwierdził, że to skrót od "Dziabusz", więc można przyjąć, że nasz syn umie się przedstawić;).
Od paru tygodni bawimy się też klockami Lego Duplo, nadal najlepsze jest rozdzielanie elementów i wrzucanie ich do pojemnika, choć dziś kilka udało się również połączyć. Przy okazji mały bandzior chciał nogą wcisnąć klocek na miejsce, na co Pluszak zareagował ostrzegawczym: "nie trepanuj syriuszem". Chwilę mi zajęło, zanim zrozumiałam, co miał na myśli. Na szczęście syrka nie ucierpiała w starciu z klockami.
Po świętach przytyło się nawet Kluskowi i choć nadal jest dość smukły, a oglądany z tyłu nawet bardzo szczupły, to brzuszek mu zaczął wyraźnie wystawać znad pampersa. Co ciekawe na leżąco nadal jest płaski. Chociaż w sumie mam tak samo;).
Kupiliśmy już kamerę internetową do oglądania smyka i niani. Teraz zostaje kwestia zamontowania i sprawdzenia. Oczywiście wybrana przez nas opiekunka wyraziła zgodę na monitoring i kamera będzie widoczna. Musimy zrobić ze dwie dziury w ścianie i dosztukować kabel zasilający, bo zastosowany fabrycznie jest krótki [ok. 1,5 metra]. W tej sprawie Pluszak decydował i postawił na foscam fi9821w, bardzo polecaną na wielu forach i wśród znajomych.
Od dłuższego czasu Klusek powtarza "Dziab, Dziab". Jednak nie mówi tego twardo, ale miękko i soczyście, coś pomiędzy "ciap" i "dziab". Pluszak stwierdził, że to skrót od "Dziabusz", więc można przyjąć, że nasz syn umie się przedstawić;).
Od paru tygodni bawimy się też klockami Lego Duplo, nadal najlepsze jest rozdzielanie elementów i wrzucanie ich do pojemnika, choć dziś kilka udało się również połączyć. Przy okazji mały bandzior chciał nogą wcisnąć klocek na miejsce, na co Pluszak zareagował ostrzegawczym: "nie trepanuj syriuszem". Chwilę mi zajęło, zanim zrozumiałam, co miał na myśli. Na szczęście syrka nie ucierpiała w starciu z klockami.
Po świętach przytyło się nawet Kluskowi i choć nadal jest dość smukły, a oglądany z tyłu nawet bardzo szczupły, to brzuszek mu zaczął wyraźnie wystawać znad pampersa. Co ciekawe na leżąco nadal jest płaski. Chociaż w sumie mam tak samo;).
Kupiliśmy już kamerę internetową do oglądania smyka i niani. Teraz zostaje kwestia zamontowania i sprawdzenia. Oczywiście wybrana przez nas opiekunka wyraziła zgodę na monitoring i kamera będzie widoczna. Musimy zrobić ze dwie dziury w ścianie i dosztukować kabel zasilający, bo zastosowany fabrycznie jest krótki [ok. 1,5 metra]. W tej sprawie Pluszak decydował i postawił na foscam fi9821w, bardzo polecaną na wielu forach i wśród znajomych.
sobota, 12 kwietnia 2014
"Chodzę, klaszczę i nie chcę spać" - wieksza samodzielnosc
Ostatnio jestem zniechęcona. Dziabusz co prawda coraz więcej umie, ale jest też coraz trudniejszy. Częściej podejmuje próby samodzielnego chodzenia i na dłuższe dystanse [dziś przeszedł cały salon]. Nauczył się klaskać w dłonie, choć na razie bezgłośnie:). Nadal potrafi przez jakiś czas się sobą zająć, bawić na macie, biegać przy jeździkach, obserwować przez drzwi balkonowe bawiące się na placu zabaw dzieci i przejeżdżające samochody (największą uwagę przyciągają autobusy).
Jednocześnie zmniejszyło mu się zapotrzebowanie na sen w ciągu dnia. W sumie może zapotrzebowanie nadal występuje, ale coś mu nie pozwala poddać się potrzebie drzemki. Oprócz oczywistych powodów związanych z poznawaniem świata i ciekawością, fascynacją nowymi zdolnościami podejrzewamy, że wina leży w odebraniu Misiowi kocyków. Na policzkach Kluska od dawna pojawia się coś na kształt wysypki, trądziku czy niezdrowych rumieńców. Maści polecone przez pediatrę się nie sprawdzają. Podejrzane są alergie pokarmowe lub reakcja na tkaniny albo proszek. W związku z tym, że używam na zmianę kilku różnych środków piorący, a eliminowanie poszczególnych potraw jest dość kłopotliwe, postanowiliśmy zacząć badanie problemu od odebrania ukochanych kocyków [niezbyt delikatne, wiem]. Zmiany skórne na policzkach znacznie się zmniejszyły, nie są już tak zaognione, bardzo zbladły, a nawet nieraz nie widać ich wcale [w dotyku jednak nadal są szorstkie]. Póki co wygląda na to, że w jakimś stopniu pozbyliśmy się problemu - nie całkiem, bo nadal zostają ślady w okolicy łokci i kolan. Teoretycznie takie rozmieszczenie wysypki powinno wykluczyć winę kocyków, ale zmiany na policzkach występowały dużo wcześniej, niż zaczęły się pojawiać na kończynach, więc rozdzieliliśmy te dwa problemy [prawie jak Doktor House].
Pozbycie się, oby na stałe, rumieńców na buźce wiąże się, być może, z trudnościami z zasypianiem w ciągu dnia [wieczorem jest w zasadzie tak, jak dotychczas]. Do końca nie wiemy, czy to dlatego, że nasz synek nie może się przytulić do puszystej tkaniny, czy też jest już na tyle "dorosły", że wystarczy mu przespanie godziny i kwadransa poza nocnym snem. Moje usilne a bezskuteczne próby kładzenia go spać są tak frustrujące, że psują mi cały dobry humor. Jedna porażka powoduje chęć postawienia na swoim i zamiast sobie odpuścić i pozwolić mu się bawić, póki jeszcze nie jest zły i wrzeszczący, po kilku czy kilkunastu minutach podejmuję kolejne starania, oczywiście również kończące się fiaskiem, co jeszcze bardziej szarga nerwy i moje, i Dziabusza. Krótki czas snu w ciągu dnia zmusił nas do zmiany harmonogramu. Pluszak zaproponował wybudzanie malucha. Kładziemy go około 20 i nie pozwalamy spać dłużej niż do 7 rano. Pewnie po opublikowaniu tego wpisu, jak zwykle zmieni się to na gorsze [już wspominałam, że jak coś napiszę na temat pór snu, wtedy się one przestawiają i skracają]. Potem drzemka około 10.00 i pobudka maksymalnie o 11.30 po to, żeby położyć go drugi raz, po południu, dając mu szansę regeneracji i wytrwania do 20.00. I właśnie z tym drugim leżakowaniem jest problem. O ile rano dość chętnie zasypia, o tyle w okolicy godziny 14.30 - 15.00 kończy się to złością i gniewem po obu stronach.
Jeszcze parę tygodni temu można było uśpić smyka kołysząc na rękach [siadałam na łóżku i czytałam książkę lulając Kluska], ewentualnie wożąc go w wózku po domu. Było to stosowane tylko w wyjątkowych przypadkach, właśnie kiedy nie chciał zasnąć sam [pisałam gdzieś, że Czupurka wkładamy do łóżeczka, dajemy mu smoczek, przykrywamy kocykiem i wychodzimy z pokoju, żeby miał ciszę i spokój, a on zamyka oczka i czasami mruczy sobie do snu]. Teraz nie mam już na niego sposobu. No i odpadł ten nieszczęsny pluszowy koc. Nie wiem, co robić.
Z innych, weselszych tematów - kupiliśmy maluchowi pierwsze buciki do chodzenia. Chcieliśmy wybrać bezpieczne dla jego rozwijających się stópek. Trochę poczytaliśmy, trochę usłyszeliśmy i stanęło na tym, że takie małe dzieci mają naturalne płaskostopie, które dopiero z biegiem czasu powinno zaniknąć. Dlatego odrzuciliśmy obuwie, które ma profilowaną wkładkę. Po przeanalizowaniu pozostałych wytycznych, takich jak wysokość cholewki, giętkość podeszwy, sposób mocowania na nóżce wybraliśmy buciki z firmy Befado. Zdecydowaliśmy się na tanie trampeczki, które posiadają certyfikat "zdrowa stopa" zamiast skórzanych trzewików [również z tym oznaczeniem], ze względu na obecną i nadchodzącą porę roku. Wysokie buty z naturalnej skóry, choćby były nie wiadomo jak przewiewne, będą sprzyjały przegrzewaniu się nóżek. W sumie przy temperaturze 30 stopni wszystko może temu sprzyjać, jednak bawełniane trampki i tak wydają się lepszym wyjściem. A do tego cena - 49 zł! Pluszak słusznie stwierdził, że takie buciki można bez żalu wymieniać co kilka miesięcy, kiedy tylko stópka wyrośnie z obecnych. Oczywiście zimą inaczej byśmy na to patrzyli.
Kolejna wesoła informacja, to pierwsza miska obiadu zjedzona łyżeczką, przy niewielkiej pomocy mamy:). Dziabusz najpierw dziobał łyżką papkę, ale kiedy delikatnie mu ją ustawiłam i pomogłam nabrać trochę jedzenia, kierował porcję do buzi. Tu również musiałam lekko przekręć łyżeczkę, gdyż wkładał ją bokiem, jednak udało się zjeść cały posiłek w niewiele dłuższym niż normalnie czasie. Dzielny chłopak! Wprowadziliśmy też pomysł Pluszaka zaczerpnięty od kolegów i podajemy Misiowi podobne do naszego danie na plastikowym kolorowym talerzyku, żeby podczas spożywania przez nas posiłku również mógł uczestniczyć nie wyjadając nam z misek. Nie pozwalamy mu już sięgać do naszych porcji i wskazujemy, że ma swoją. Sprawdza się to całkiem dobrze. Coraz częściej też dostaje smakołyki właśnie na talerzu, żeby mógł jeść rękoma. Pokrojoną w kawałki mandarynkę, ziemniaki, słupki ugotowanej marchewki, paski szynki czy kostki żółtego sera. Na przekąskę albo pełne danie, zależnie od ilości. Na stałe zagościł też w jadłospisie malca jogurt naturalny, a zamiast mleka modyfikowanego codziennie rano wypija butelkę krowiego 3,2% [wprowadzaliśmy powoli]. Przygotowywanie posiłków jest coraz łatwiejsze, ponieważ może być spontaniczne.
Jednocześnie zmniejszyło mu się zapotrzebowanie na sen w ciągu dnia. W sumie może zapotrzebowanie nadal występuje, ale coś mu nie pozwala poddać się potrzebie drzemki. Oprócz oczywistych powodów związanych z poznawaniem świata i ciekawością, fascynacją nowymi zdolnościami podejrzewamy, że wina leży w odebraniu Misiowi kocyków. Na policzkach Kluska od dawna pojawia się coś na kształt wysypki, trądziku czy niezdrowych rumieńców. Maści polecone przez pediatrę się nie sprawdzają. Podejrzane są alergie pokarmowe lub reakcja na tkaniny albo proszek. W związku z tym, że używam na zmianę kilku różnych środków piorący, a eliminowanie poszczególnych potraw jest dość kłopotliwe, postanowiliśmy zacząć badanie problemu od odebrania ukochanych kocyków [niezbyt delikatne, wiem]. Zmiany skórne na policzkach znacznie się zmniejszyły, nie są już tak zaognione, bardzo zbladły, a nawet nieraz nie widać ich wcale [w dotyku jednak nadal są szorstkie]. Póki co wygląda na to, że w jakimś stopniu pozbyliśmy się problemu - nie całkiem, bo nadal zostają ślady w okolicy łokci i kolan. Teoretycznie takie rozmieszczenie wysypki powinno wykluczyć winę kocyków, ale zmiany na policzkach występowały dużo wcześniej, niż zaczęły się pojawiać na kończynach, więc rozdzieliliśmy te dwa problemy [prawie jak Doktor House].
Pozbycie się, oby na stałe, rumieńców na buźce wiąże się, być może, z trudnościami z zasypianiem w ciągu dnia [wieczorem jest w zasadzie tak, jak dotychczas]. Do końca nie wiemy, czy to dlatego, że nasz synek nie może się przytulić do puszystej tkaniny, czy też jest już na tyle "dorosły", że wystarczy mu przespanie godziny i kwadransa poza nocnym snem. Moje usilne a bezskuteczne próby kładzenia go spać są tak frustrujące, że psują mi cały dobry humor. Jedna porażka powoduje chęć postawienia na swoim i zamiast sobie odpuścić i pozwolić mu się bawić, póki jeszcze nie jest zły i wrzeszczący, po kilku czy kilkunastu minutach podejmuję kolejne starania, oczywiście również kończące się fiaskiem, co jeszcze bardziej szarga nerwy i moje, i Dziabusza. Krótki czas snu w ciągu dnia zmusił nas do zmiany harmonogramu. Pluszak zaproponował wybudzanie malucha. Kładziemy go około 20 i nie pozwalamy spać dłużej niż do 7 rano. Pewnie po opublikowaniu tego wpisu, jak zwykle zmieni się to na gorsze [już wspominałam, że jak coś napiszę na temat pór snu, wtedy się one przestawiają i skracają]. Potem drzemka około 10.00 i pobudka maksymalnie o 11.30 po to, żeby położyć go drugi raz, po południu, dając mu szansę regeneracji i wytrwania do 20.00. I właśnie z tym drugim leżakowaniem jest problem. O ile rano dość chętnie zasypia, o tyle w okolicy godziny 14.30 - 15.00 kończy się to złością i gniewem po obu stronach.
Jeszcze parę tygodni temu można było uśpić smyka kołysząc na rękach [siadałam na łóżku i czytałam książkę lulając Kluska], ewentualnie wożąc go w wózku po domu. Było to stosowane tylko w wyjątkowych przypadkach, właśnie kiedy nie chciał zasnąć sam [pisałam gdzieś, że Czupurka wkładamy do łóżeczka, dajemy mu smoczek, przykrywamy kocykiem i wychodzimy z pokoju, żeby miał ciszę i spokój, a on zamyka oczka i czasami mruczy sobie do snu]. Teraz nie mam już na niego sposobu. No i odpadł ten nieszczęsny pluszowy koc. Nie wiem, co robić.
Z innych, weselszych tematów - kupiliśmy maluchowi pierwsze buciki do chodzenia. Chcieliśmy wybrać bezpieczne dla jego rozwijających się stópek. Trochę poczytaliśmy, trochę usłyszeliśmy i stanęło na tym, że takie małe dzieci mają naturalne płaskostopie, które dopiero z biegiem czasu powinno zaniknąć. Dlatego odrzuciliśmy obuwie, które ma profilowaną wkładkę. Po przeanalizowaniu pozostałych wytycznych, takich jak wysokość cholewki, giętkość podeszwy, sposób mocowania na nóżce wybraliśmy buciki z firmy Befado. Zdecydowaliśmy się na tanie trampeczki, które posiadają certyfikat "zdrowa stopa" zamiast skórzanych trzewików [również z tym oznaczeniem], ze względu na obecną i nadchodzącą porę roku. Wysokie buty z naturalnej skóry, choćby były nie wiadomo jak przewiewne, będą sprzyjały przegrzewaniu się nóżek. W sumie przy temperaturze 30 stopni wszystko może temu sprzyjać, jednak bawełniane trampki i tak wydają się lepszym wyjściem. A do tego cena - 49 zł! Pluszak słusznie stwierdził, że takie buciki można bez żalu wymieniać co kilka miesięcy, kiedy tylko stópka wyrośnie z obecnych. Oczywiście zimą inaczej byśmy na to patrzyli.
Kolejna wesoła informacja, to pierwsza miska obiadu zjedzona łyżeczką, przy niewielkiej pomocy mamy:). Dziabusz najpierw dziobał łyżką papkę, ale kiedy delikatnie mu ją ustawiłam i pomogłam nabrać trochę jedzenia, kierował porcję do buzi. Tu również musiałam lekko przekręć łyżeczkę, gdyż wkładał ją bokiem, jednak udało się zjeść cały posiłek w niewiele dłuższym niż normalnie czasie. Dzielny chłopak! Wprowadziliśmy też pomysł Pluszaka zaczerpnięty od kolegów i podajemy Misiowi podobne do naszego danie na plastikowym kolorowym talerzyku, żeby podczas spożywania przez nas posiłku również mógł uczestniczyć nie wyjadając nam z misek. Nie pozwalamy mu już sięgać do naszych porcji i wskazujemy, że ma swoją. Sprawdza się to całkiem dobrze. Coraz częściej też dostaje smakołyki właśnie na talerzu, żeby mógł jeść rękoma. Pokrojoną w kawałki mandarynkę, ziemniaki, słupki ugotowanej marchewki, paski szynki czy kostki żółtego sera. Na przekąskę albo pełne danie, zależnie od ilości. Na stałe zagościł też w jadłospisie malca jogurt naturalny, a zamiast mleka modyfikowanego codziennie rano wypija butelkę krowiego 3,2% [wprowadzaliśmy powoli]. Przygotowywanie posiłków jest coraz łatwiejsze, ponieważ może być spontaniczne.
czwartek, 3 kwietnia 2014
Dziabusz po pierwszym roku
Jak widać po częstotliwości zamieszczania postów, przy rocznym dziecku nie ma wielu możliwości korzystania z komputera. W sumie jedyne okazje, to kiedy nie ma go w pobliżu, czyli np śpi albo jest u dziadków:). W naszym przypadku głównie chodzi o Dziabusza zainteresowanie elektroniką, a nie o ewentualny brak czasu. W telewizorze odkrył nam jakieś funkcje, o których nie mieliśmy pojęcia [np. gotowanie, gry, bajki dla dzieci] swoją drogą przydatne:). Natomiast w laptopie w jakiś sposób wyłączył TouchPada. Na szczęście po ponownym uruchomieniu wszystko wróciło do normy. W każdym razie nie można korzystać z dobrodziejstw internetu podczas obecności naszego syna.
Roczek minął w przyjemnej atmosferze. Jubilat oblizywał palce, które wcześniej wciskał w tort [pyszny], pozował do zdjęć, bawił się balonami i był ogólnie bardzo gościnny.
Niania została wybrana - dziś ostateczna rozmowa w sprawie szczegółowych warunków. Pozostaje okres próbny, czy też zapoznawczy. Trochę się boję, ale najtrudniej będzie już w dniu prób, na razie to tylko gadanie. Mamy też dwie kandydatki rezerwowe.
Trochę o umiejętnościach Kluska, bo dawno się tym nie dzieliłam:
1. "Mówienie": mama, baba, dada/dziadzia, ostatnio nana [może już myśli o niani], bu tudzież bum, jak się uda, najczęściej wskazując na samochody. Albo całe zbitki typu mababanamamanadababa. Zdarzają się też "mam mam" albo "nie mam" :) i kilka innych nie do powtórzenia.
2. Chodzenie - przed 16 marca zrobił pierwsze pojedyncze/podwójne kroczki, a potem 19-tego chyba się zapomniał, bo stał przy swoim łóżeczku, wyciągnął spomiędzy szczebelek smoczek, potem kocyk i wyciągając rękę z kocem w moją stronę przeszedł pół pokoju! Potem powtórzył to jeszcze 2 lub trzy razy. Podejrzewam, że wydawało mu się, że trzyma kogoś za ubranie, a nie niesie samodzielnie koc w łapkach. Od tamtej pory zdarzają mu się krótkie i raczej sporadyczne próby, chociaż za jedną rękę śmiga bez problemu. Podejrzewam, że wkrótce ruszy odważniej.
3. Spanie - po zmianie czasu na letni Czupurek chodzi spać około 20. A w ciągu dnia zazwyczaj wypadają dwie drzemki - łącznie około 3 godzin [czasem trochę dłużej].
4. Jedzenie. Pluszak ostatnio uświadomił nam, że jesteśmy do tyłu z wprowadzaniem nowych smaków. Dozwolone warzywa to już nawet kiszona kapusta i cebula, a z owoców cytrusy. Przyznaję, że trzymałam się tego, co wydawało mi się lekko strawne i łagodne. Chociaż mandarynek już dawno spróbował.
Mimo, że Dziabusz nigdy nie należał do niejadków, to teraz sprawdzają się liczne opinie o roczniakach, dla których jedzenie już nie jest atrakcją i szkoda im czasu na nudę z nim związaną, skoro jest tyle ciekawszych rzeczy do robienia. Wcześniej też zdarzało się, że musiałam "polować" na smyka z łyżeczką, kiedy akurat przebiegał w pobliżu pchając jeździk, ale teraz to występuje nagminnie.
Trudno również utrzymać regularność i stosować się do stałych pór. Drzemki często wypadają w teoretycznej porze jedzenia. Z powodu trudności z nakarmieniem [przecież maluch jest ciągle zajęty] czas trwania posiłku nieraz znacznie się wydłuża. Także więcej możliwości, bogactwo nowych smaków [podobno roczne dziecko może jeść PRAWIE jak dorosły], a nawet po prostu zauważenie, że ktoś coś je skutkuje koniecznością zbrojenia się w przekąski lub dzielenia z Kluskiem posiłkiem.
Jeśli maluch bierze zbyt duży kęs, podstawiamy mu rękę pod brodę, a wtedy on wyciąga jedzenie z buzi i kładzie nam na dłoni [oczywiście nie zawsze]. Podobnie kiedy daje mu się pić podczas wcinania - jeśli ma dość pełną buzię, to najpierw wyciąga z ust chrupkę, kawałek bułki czy biszkopta, pije z podanej mu butelki, a potem znowu wkłada smakołyk do pyszczka.
Chętnie karmi innych, najlepiej czymś, co zdążył poślinić i ugnieść:). I właśnie się obudził. Zaraz dostanie obiad, a ja już się boję o moje kubki smakowe, jeżeli zdecyduje się ze mną podzielić.
Roczek minął w przyjemnej atmosferze. Jubilat oblizywał palce, które wcześniej wciskał w tort [pyszny], pozował do zdjęć, bawił się balonami i był ogólnie bardzo gościnny.
Niania została wybrana - dziś ostateczna rozmowa w sprawie szczegółowych warunków. Pozostaje okres próbny, czy też zapoznawczy. Trochę się boję, ale najtrudniej będzie już w dniu prób, na razie to tylko gadanie. Mamy też dwie kandydatki rezerwowe.
Trochę o umiejętnościach Kluska, bo dawno się tym nie dzieliłam:
1. "Mówienie": mama, baba, dada/dziadzia, ostatnio nana [może już myśli o niani], bu tudzież bum, jak się uda, najczęściej wskazując na samochody. Albo całe zbitki typu mababanamamanadababa. Zdarzają się też "mam mam" albo "nie mam" :) i kilka innych nie do powtórzenia.
2. Chodzenie - przed 16 marca zrobił pierwsze pojedyncze/podwójne kroczki, a potem 19-tego chyba się zapomniał, bo stał przy swoim łóżeczku, wyciągnął spomiędzy szczebelek smoczek, potem kocyk i wyciągając rękę z kocem w moją stronę przeszedł pół pokoju! Potem powtórzył to jeszcze 2 lub trzy razy. Podejrzewam, że wydawało mu się, że trzyma kogoś za ubranie, a nie niesie samodzielnie koc w łapkach. Od tamtej pory zdarzają mu się krótkie i raczej sporadyczne próby, chociaż za jedną rękę śmiga bez problemu. Podejrzewam, że wkrótce ruszy odważniej.
3. Spanie - po zmianie czasu na letni Czupurek chodzi spać około 20. A w ciągu dnia zazwyczaj wypadają dwie drzemki - łącznie około 3 godzin [czasem trochę dłużej].
4. Jedzenie. Pluszak ostatnio uświadomił nam, że jesteśmy do tyłu z wprowadzaniem nowych smaków. Dozwolone warzywa to już nawet kiszona kapusta i cebula, a z owoców cytrusy. Przyznaję, że trzymałam się tego, co wydawało mi się lekko strawne i łagodne. Chociaż mandarynek już dawno spróbował.
Mimo, że Dziabusz nigdy nie należał do niejadków, to teraz sprawdzają się liczne opinie o roczniakach, dla których jedzenie już nie jest atrakcją i szkoda im czasu na nudę z nim związaną, skoro jest tyle ciekawszych rzeczy do robienia. Wcześniej też zdarzało się, że musiałam "polować" na smyka z łyżeczką, kiedy akurat przebiegał w pobliżu pchając jeździk, ale teraz to występuje nagminnie.
Trudno również utrzymać regularność i stosować się do stałych pór. Drzemki często wypadają w teoretycznej porze jedzenia. Z powodu trudności z nakarmieniem [przecież maluch jest ciągle zajęty] czas trwania posiłku nieraz znacznie się wydłuża. Także więcej możliwości, bogactwo nowych smaków [podobno roczne dziecko może jeść PRAWIE jak dorosły], a nawet po prostu zauważenie, że ktoś coś je skutkuje koniecznością zbrojenia się w przekąski lub dzielenia z Kluskiem posiłkiem.
Jeśli maluch bierze zbyt duży kęs, podstawiamy mu rękę pod brodę, a wtedy on wyciąga jedzenie z buzi i kładzie nam na dłoni [oczywiście nie zawsze]. Podobnie kiedy daje mu się pić podczas wcinania - jeśli ma dość pełną buzię, to najpierw wyciąga z ust chrupkę, kawałek bułki czy biszkopta, pije z podanej mu butelki, a potem znowu wkłada smakołyk do pyszczka.
Chętnie karmi innych, najlepiej czymś, co zdążył poślinić i ugnieść:). I właśnie się obudził. Zaraz dostanie obiad, a ja już się boję o moje kubki smakowe, jeżeli zdecyduje się ze mną podzielić.
środa, 19 marca 2014
Poszukiwania niani
Dziabuszek śpi. Dziś nie robię obiadu, więc zajęłam się porządkowaniem zebranych ofert potencjalnych niań. Wkrótce wracam do pracy i trzeba będzie powierzyć opiekę nad Kluskiem komuś obcemu. Jestem bardzo przejęta, żeby nie powiedzieć - wystraszona. Oczywiście najmocniej działa mi na wyobraźnię ryzyko porzucenia dziecka przez nianię na rzecz oglądania telewizji czy rozmów przez telefon albo szarpanie go, krzyczenie i inne formy znęcania się. W myślach widzę zapłakanego, zanoszącego się łkaniem brzdąca, gryzącego kocyk, trzęsącego się w kącie z szeroko otwartymi przerażonymi oczami. Koszmar! Z drugiej strony wyobrażam sobie, że Miś za bardzo polubi opiekunkę i będzie wolał z nią spędzać czas, a nie z nami.
Zastanawialiśmy się z Pluszakiem również nad żłobkiem. Obie możliwości mają, jak zawsze, plusy i minusy.
Żłobek:
+ przebywanie z dziećmi, Dziabusz je uwielbia,
+ nauka przez obserwację - łatwiej przyswoić coś widząc na przykładzie,
+ profesjonalna opieka [chociaż reportaże o opiekunkach w żłobkach i przedszkolach przywiązujących dzieci do łózek itp. też nie dają mi spokoju],
+ programy edukacyjne dostosowane do wieku dziecka,
- ryzyko częstych chorób,
- konieczność dostosowania cyklu dnia do panującego w żłobku,
- brak indywidualnej opieki [co teoretycznie może być też plusem - zmniejszenie ryzyka rozpieszczenia:)].
Niania:
+ cała dla Dziabusza,
+ dzień dopasowany do malca [pory spania i posiłków],
+ indywidualnie dopasowywanie zabaw, gier i nauki do nastroju i możliwości smyka,
+ szybka reakcja na ewentualną konieczność wizyty lekarskiej,
- dopuszczenie obcej osoby do swojej prywatności [opieka w naszym miejscu zamieszkania],
- ryzyko niestosowania się do naszych zaleceń [w przypadku żłobka nie mamy chyba nic do powiedzenia;)],
- opisane wcześniej czarne scenariusze.
Nie uwzględniam tu kosztów opieki, ani czynników dla nas nieistotnych, np. komfort "własnego boiska" [Misiowi wszystko jedno, gdzie się bawi].
To by było na tyle, Pan Dziabusz wzywa.
Zastanawialiśmy się z Pluszakiem również nad żłobkiem. Obie możliwości mają, jak zawsze, plusy i minusy.
Żłobek:
+ przebywanie z dziećmi, Dziabusz je uwielbia,
+ nauka przez obserwację - łatwiej przyswoić coś widząc na przykładzie,
+ profesjonalna opieka [chociaż reportaże o opiekunkach w żłobkach i przedszkolach przywiązujących dzieci do łózek itp. też nie dają mi spokoju],
+ programy edukacyjne dostosowane do wieku dziecka,
- ryzyko częstych chorób,
- konieczność dostosowania cyklu dnia do panującego w żłobku,
- brak indywidualnej opieki [co teoretycznie może być też plusem - zmniejszenie ryzyka rozpieszczenia:)].
Niania:
+ cała dla Dziabusza,
+ dzień dopasowany do malca [pory spania i posiłków],
+ indywidualnie dopasowywanie zabaw, gier i nauki do nastroju i możliwości smyka,
+ szybka reakcja na ewentualną konieczność wizyty lekarskiej,
- dopuszczenie obcej osoby do swojej prywatności [opieka w naszym miejscu zamieszkania],
- ryzyko niestosowania się do naszych zaleceń [w przypadku żłobka nie mamy chyba nic do powiedzenia;)],
- opisane wcześniej czarne scenariusze.
Nie uwzględniam tu kosztów opieki, ani czynników dla nas nieistotnych, np. komfort "własnego boiska" [Misiowi wszystko jedno, gdzie się bawi].
To by było na tyle, Pan Dziabusz wzywa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







